Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.6.djvu/070

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Przechadzam się po żółtym, wyblakłym piasku, w którego sypkich żwirach, przemywanych jedwabnym, srebrnym, szemrzącym i wrzącym bryzgiem przypływu, giną znikome ślady ludzkich stóp, gubi się znikomość wszystkich, choćby najkrwawszych, najboleśniejszych przypomnień.
Odgłos dalekich wyrzutów topi się w rozszumiałych, rozkołysanych falach, majestatycznych, jak rytmy najgłębszej, najwewnętrzniejszej melodyi Ducha.
Na dreszcze sennych wód, po których słońce zachodnie ślizga się powoli w podmorskie, zorzami oblane, tajemnic Życia i Śmierci niesyte, wiekuistości pieczęcią zamknięte, przez gigantyczne potwory Strachu i Lęku strzeżone przybytki, rzucam, w świątynnej ciszy wnętrza, dźwięki swych podziwów i hołdów, milczące, a jednak grające na bogomodlnych, dziękczynnych harfach oszołomionych źrenic.
Hyżej i lotniej od tych skośnych, migotliwych brzytew wiatru, tnących falę i znowu płazem kładących się po niej, posyłam szerokokrężne, rozwarte oddechy uwielbień na fioletowy grzbiet ostatnich kresów tego ogromu wodnego.
Niepokalane i białe, wieszam je na białych żaglach rybołownych statków, które nagle, jak zjawiska, białą wytrysły pianą z pod widnokręgowych obrzeży, z letejskiego grobu słońca, i, kotwicę zarzuciwszy w głębię, stoją rzędem i, widma z tamtego świata, błyszczą zaklętą łuną ogni wieczornych.
A jedna z tych spóźnionych łodzi przewala się ku nim i przerażona staje w tym szeregu dusz, nie mających odwagi iść w ciemnię, choćby jej brzegi płomienistsze były od najwspanialszych marzeń o świtach i o zaziemskich rankach i południach — — —
Idź na dno! Idź na dno! ty niespokojny, latający statku!
Przystanąłeś, ponieważ na pokładzie swoim przywiozłeś mi Zmorę, która mnie dławi, zabójczy, wrogi Cień!...
Słuchaj... odeszła mnie trwoga... Pomówmy z sobą,