Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.6.djvu/071

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jak dwoje istot, ongi przyjaciół i więcej — czem dzisiaj jestem dla ciebie, nie wiem, czem ty jesteś dla mnie, roztrząsać nie będę...
Bladość pokryła twe lice, z rozpuszczonych włosów zdjęłaś kolczasty wieniec, i złożywszy go na krzyżu, leżącym u twych stóp, podnosisz skrwawione ręce — jak w teatralnym obrazie.
Ciżba obdartych pątników pcha się ku tobie, mniemając, że zbliża się do Cudu, który przed wiekami obwieszczali prorocy, a jeden z twych sług, jakiś nędzny panek, oparty o ramię klechy, zagradza im drogę i wrzeszczy, że nie wszyscy godni oglądać Tajemnicę, że natomiast wszyscy, prócz jego i równych jemu, stworzeni są na to, aby zgrzebłem czyścić ich konie i nawóz wymiatać z ich stajen...
Mógłbym ci rzucić obelgę — — —
Milczysz?!...
Cóż to?!... Statek się ruszył i ku mojemu zdąża zamyśleniu.
Aniołowie ujęli wiosła w ręce i zanurzają je w wodę...
Plusk fal... Plusk fal...
Zbrojni skrzydlaci rycerze otoczyli mój Cień, mój drogi, umiłowany Cień...
Pod strop nieba, oblany zorzą, biją zwycięskie okrzyki.
Połyskują rozwiewne kity i pióropusze.
Proporce i ogromne sztandary trzepocą się, jak stada kondorów, które w jednym z moich snów zerwały się z niebieskawych, śnieżnych, skalistych szczytów i nagie, puszystą koroną owinięte szyje wyciągnąwszy w przestrzeń, dziobami niebieskawe krają powietrze — — —
Wiesz, że kocham wszystko, co ma duszę, choćby ta dusza — — —
Wiesz, żem wędrował do twych zamków, otulonych w przędzę mgły czasów umarłych...
Wiesz, że choć z ich piwnic dobywały się jęki pomordowanych samowolą niewolników, których duchy błądzą — — —