Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.6.djvu/068

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Chór młodzieniaszków i dziewic, przeczulonych nocami księżycowemi, łowi w siatkę motylą swe nikłe westchnienia, w kunsztowne zamyka je oprawy i z wybitej czerwonem suknem estrady rzuca je przed półnagie damy i opasłe mieszczuchy, wołając:
Oto jęki i żale nieśmiertelnego Cienia!
A zgromadzeni klaszczą w spotniałe ręce i wrzeszczą: brawo!
Nie! Gardzę tobą, albowiem imię twoje jest Złuda, bezkształtny bohomaz w ramach z sosnowego drzewa, oblepionych gipsem, z cienką warstwą pozłoty na wierzchu.
Ustawili go na porączkach i śród bicia dzwonów, śród dymnych kadzielnic niosą w procesyi przed baldachimem, iżby był uświetnieniem samozwańczych praw, rzucających przyszłość do lochu.
Blichtr to i szych!...
Spoglądasz na mnie z wyrzutem? Szepczesz mi złowróżbnie do ucha, że tylko niegodni synowie zwykli tak przemawiać?
Że serce zamieniwszy w gąbkę, przesiąkniętą octem, na długiej trzcinie podaję ustom, które, w nadludzkich zczerniałe torturach, ledwie wymówić zdolne: pragnę?!...
Może... Nie przeczę... Ale dlatego właśnie nie wpijaj się sępimi szponami w ten kark, z dzióbem mięsożernego ptaka nie zrywaj mi się do oczu i, piekłem obciążonemi trzepocząc skrzydłami, nie wykłuwaj aż do ślepoty mych źrenic!
Nie umarłem jeszcze i chcę, aby wzrok mój rozkoszował się cudownemi zjawiskami świata!
Chcę, aby patrzał w słońce, aby, jak ty wchłaniasz w siebie wyziewy mogilne, upajał się wiosenną zielenią drzew, aby, gdy po uciążliwej podróży pozwolą mi wejść do sadu, mógł się nasycić rumieńcami jabłek i brzoskwiń, zanim ich sok pokrzepi głodną, zmęczoną, niecierpliwą żądzę strawy powściągającą duszę...
Dzięki ci! Dzięki!
Odwracasz się odemnie...