Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.6.djvu/067

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


XVIII.
CIEŃ.

Gdziekolwiek się zwrócę, prześladujesz mnie, wrogi, zabójczy cieniu!
Z piętnem gorączki na twarzy, uciekam przed tobą, jak przed Molochem, który w swym piecu ognistym strawił hekatombę moich najmłodszych, najzdrowszych, najsilniejszych marzeń...
Pytam serca mojego, zali nie jestem tchórzem, a ono mi odpowiada:
Idź, jeśli nie chcesz się spalić, jak cierń, rzucony w płomienie w wielkosobotni poranek, w przeddzień wesołego Alleluja...
Idę i pędzę i oglądam się poza siebie, czy nie utrudziła cię ta gonitwa za mną, czy nie wypuścisz, ty krwawy, milczący Cieniu, swojej ofiary.
Stań! pozwól odetchnąć i odpocząć...
Gdybyś był sam!
Ale towarzyszy ci niesforna zgraja żołdaków, rzucających kości o twoją suknię pośmiertną, a handlarze relikwii kruszą twój krzyż na drobne ułomki i drzazgi i, umieściwszy je pod szkłem, dają za sutą zapłatą do pocałunku tłumowi.
A inni wiodą spór, kto pierwszy podważył kamień grobowy, kto pierwszy będzie miał prawo pójść do Emaus z Zmartwychwstałym.