Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.6.djvu/061

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


XVI.
ŚPIEWAJĄCY.

W kapeluszu na bakier, z laseczką w ręku, chodzę po ogrodzie, śpiewający...
Jesień.
Hej! la! ho! Hej! la! ho!
Niebo chmurne, kasztany pożółkły, zgraja wesołych łobuzów, obkładając się kułakami, wydziera sobie resztki brunatnych owoców i rozsypuje się ze śmiechem.
Hej! la! ho! Hej! la! ho!
Na smukłych, łaciastych brzozach przerzedziły się liście, buk, pod którym przystanąłem, niemal zupełnie obdarty, a z pośród zczerwienionych krzaków młodej grabiny czuby świerków pysznią się gęstą, niebieskawą zielenią i dumny, twardy, szeroki, rozbujały jesion dotychczas jeszcze nietknięty.
Na ścieżce, po której spaceruję śpiewający, wiatr nagromadził grubą warstwę zwiędłych smutków — kopnąłem je nogą, śpiewający.
Rozpoetyzowany student siadł na ławce i, pochyliwszy się nad zeszytem, pisze sonet; gibkie, nito mchem oblepione pręty siwych modrzewiów kołyszą się niespokojnie nad spalonym trawnikiem; cynkowy dach jakiegoś pałacu martwym odbija połyskiem jeden z jaśniejszych obłoków, a z przeciwległej alei wyszła niespodziewanie ta, która kiedyś była pierwszą i ostatnią literą mej księgi, a potem, nim się spostrzegłem, podarła ją na strzępy...
Chciała się cofnąć, lecz ja grzeczniem się ukłonił i ścisnąłem jej dłoń, śpiewający.