Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.6.djvu/036

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Trudno było skleić rozmowę.
— Wie pan, czytam Hamleta.
— Zapewne po raz setny. Jeśli się nie mylę, najulubieńsza to pani lektura. Naturalnie zajmuje Cię przedewszystkiem — Ofelia.
— Może.
Umilkła.
Byłem rad, że ktoś zapukał do drzwi.
— Pozwoli pani otworzyć?
Bladą twarzyczkę przejrzysty oblał rumieniec, oczy przysłoniła jedwabnemi rzęsami.
— I owszem, jeśli się Panu podoba.
A!...
— Pan Fragonard, malarz nadworny Króla Jegomości.
— Niegdyś, niegdyś... przepraszam — dziś tylko pensyonaryusz Luwru.
— Pani Z., moja — jakby to się wyrazić — współboleśnica.
Mały, czupurny staruszek o tłustych, zdrowych policzkach zaśmiał się łagodnie, a potem czarne, przenikliwe oczka z zaciekawieniem objęły tę czarującą postać uosobionego Smętku.
— Pani cokolwiek schudła...
— Jakto?!
— Byłem kiedyś w gościnie u Twoich rodziców razem z świętej pamięci de Saint-Nonem. Biedny abbé! nie żyje! Umarł w sam dzień zamianowania go arcybiskupem Rouen’u.
Pewnego poranku podpatrzyliśmy Panią mimowoli, jak się bawiłaś z miluchnym pinczem. Widzieliśmy słodkie, utoczone nóżki i — jeszcze coś więcej...
— Jak Pan śmiesz!!?
— Niech się Pani nie obraża — mnie już wszystko wolno... Zresztą miałem na myśli ciasteczko, któreś rozkosznie podawała psinie... Dam też Pani radę: kobieta, leżąca na wznak, powinna zawsze pamiętać o zamykaniu drzwi...