Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.6.djvu/035

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


XI.
FRAGONARD.

Siedziałem tête à tête z Tragedyą Miłości.
Dama w całem tego słowa znaczeniu piękna: jasna blondyna o wielkich, piwnych oczach, w ciemnej sukni, zapiętej po szyję.
Długie, alabastrowe palce, lekko splecione na łonie.
Z pod palców wymykał się kwiat róży, snać co dopiero zerwany: czułem, że zaledwie zdołano otrząsnąć z niego krople rosy.
Zjawisko księżycowe.
Gdybym ją nocą letnią spotkał w świerkowej alei, prowadzącej do grobowca państwa C., po której nieraz lubiłem się przechadzać w samotnika, możebym się i przeraził.
Każdy z nas podszyty jest tchórzem i w pewnych momentach traci rozsądek, czy, jeśli chcecie, zimną rozwagę.
Sądziłbym niewątpliwie, że rozwarły się ciężkie drzwi dębowe i z ponurej, pełnej tajemnic głębi wynurzyła się jedna z prababek rodu, która ongiś, nie mogąc przeżyć zdrady kochanka, poszła szukać śmierci w poblizkim stawie.
Znana legenda — lata i zamiłowanie moich przyjaciół do romantyczności zmieniły ją w prawdę.
Byliśmy oboje przygnębieni, niewiadomo, dlaczego.
Właściwie wiadomo: jedno i drugie miało w życiu godzinę, która sępimi szponami wpiła się nam w serce, krwawiąc je na wieki.