Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.4.djvu/313

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Brzmieniem organnem, jakby głąb daleka
Zmieniła w wielkie szczęście wielki ból człowieka.

Albo się pięła na skalne urwiska,
Wzrokiem rozległe obejmując kręgi,
W mżach zatopione błękitnych i, blizka
Zmilkłej, tajemnej niebiosów potęgi,
Która wokoło chłodne światło ciska
Na fale świerków, na drzemiące łęgi,
Precz usuwała granice pomiędzy
Władaniem zbawczej śmierci i żywota nędzy.

Nad jeziorami błądząc, na pół senna,
Śledząc radosne łodzie po lazurze,
Słonecznych pełne uśmiechów, lub z lenna
Zagasłej chwały, z ruin, jasne róże
Rwąc w zamyśleniu, albo bezimienna
W swych towarzyszek głośnym krocząc chórze
Po marmurowych willach, rozkosz świata
I smutek przenajgłębszy w jedną nicość splata.

A w tych wędrówkach, wzniosłą czy powszednią
Wlokła się drogą — czyż były godziny,
Ażeby naraz, jakby przepowiednią
Kary brzemienne przypomnienie winy
Nieopłaconej, nie ozwarł się przed nią
Mrocznych przepaści ten widnokrąg siny,
Za mgłą ukryty niezmierną, daleką,
Z samotnym, cichym rzędem starych wierzb nad rzeką?

Gdzież jej, tak biednej, a tak winnej duszy
Mdlejące żądze ukojeń nie wiodły?!
W katedr potężnych uroczystej głuszy
Stawała, nieme odprawiając modły;
Wsparta o filar, ani się nie ruszy,
Patrząc pokornie w ten półblask wychłodły,
Gdzie na ołtarzach, przystrojonych w zieleń,
Rozlewa się przedziwna tajemnica Wcieleń.