Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.4.djvu/314

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Pomiędzy kolumn bazaltowych rzędy,
Które się przed nią, niby żywe, snuły —
Strzelistych duchów wymowne legendy —,
Kroki swe niosła i swój umysł, czuły
Na gigantyczne gwary i rozpędy,
Rozgrane w ciszy stuleci, kopuły
Wypełniającej wielką ceremonią
Nabożeństw, co zagasły, a jednak się płonią...

Popod kamienne cisnęła się wnęki,
Okiem, rozwartem od nagłej zadumy,
W cudownych rzeźbach śledząc boskiej ręki
Ukryte piętna, czując, że rozumy
Ludzkie bez skutku odgadują męki
Twórczej rozkoszną tajemnicę, w szumy
Niebiańskich skrzydeł zaklętą, bez końca
Pchającą swych wybrańców do wiecznego słońca.

Pod grobowcami stając, prowadziła
Niemy rozhowor z tęsknicą rycerzy,
Wykutych w głazie: bo taka w nich siła,
Taki hart życia w ich spojrzeniu leży,
Iż porfirowa niejedna mogiła
Zda się nie grobem, ale jest jak świeży
Namiot śród pola i że świat z tej kuźni
Nowego bohaterstwa na czyn się nie spóźni...

Surowi święci, którym nieuchronny
Cień śmierci okno przysłonił w godzinie
Rannych przebudzeń, okno w nieboskłonny,
Bezmierny przestwór; chmurne prorokinie
I życiodajne, przejasne Madonny,
Ciała pokutnic, złorzeczących winie
Łzą i źrenicą, zwróconą ku wyży,
Skąd spływa odpuszczenie na ramionach krzyży —

Obrazy sądu, huczące surmami
Archanielskiemi swoich twórców imię;