Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.3.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I psy posłuszne i służalce
W złote przystroją kark obroże
I w sił dyszących strasznej walce
Padną u stopni, jękną: »boże!
Co daje ziemia, płodzi morze,
Co się w człowieka gnieździ łonie —
Złoto, jaśniejsze ponad zorze,
Perły, srebrzystsze ponad tonie,
To męstwo i tę wierność zdepc przy swoim tronie...«

I róż uśmiechem błyszczą ściany —
Strzałą, zmieniając się, wysłańce
Hen! aż z Saronu ten wybrany
Czar na dalekie słali krańce;
I leją strugi skier kagańce,
A drogi zapach w każdej skierce...
Hebany stołów, patrz, rzezańce
Kryją w sydońskie już kobierce —
Aż ślepnie jasne oko, aż omdlewa serce.

I arf tysiączne zabrzmią dźwięki
I cytr stłumionych i psałterzy,
A tych melodyi ciężar miękki
Na piersi słodkiem jarzmem leży...
Wybranych kobiet wieniec świeży
Porankiem łona, nocą włosów
Tumani wodzów, ćmi rycerzy,
Uj! a spienione fale głosów
Tryskają, że dotrysną snać do bram niebiosów.

I kipi wino, nad złocisty,
Rzeźbiony brzeg się w żar przelewa:
»Ten Rehobotu kryształ czysty
Takiem zwierciadłem nie olśniewa!
Lecz nad ten płomień, co rozgrzewa,
Nad świętej studni chłodne blaski —
Niech pieśń prawnuków o tem śpiewa —