Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/460

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
354
JAN KASPROWICZ

Nie było w rodzie hańby ani cienia,
Dopiero własny syn na plecy jego
Ściągnął wstyd straszny: juści-ć świat się zmienia,
Że się najlepsi grzechu nie ustrzegą;
Tak wielką dziś na świecie jest potęga złego...

LX.
Nie chciał Wszechmocny udzielić pociechy,
Aby w ornacie stanął przed »narodem«;
Przeto niech wraca do rodzinnej strzechy,
Gdzie niby ona i z chłodem i głodem
Walczyć wciąż musi... Pomoże, swem młodem
Osłodzi życiem starości godzinę...
Wszystko sprzedane; chałupę z ogrodem,
Te po chorobie ostatki jedyne,
Zdołały ledwie ręce utrzymać matczyne...

LXI.
I dalej pisze, jako niby w duszy
Do tego dzisiaj doszła przekonania,
Że kiedy chłop się ze zagonu ruszy,
Książek spragniony, jako deszczu kania,
Tak się wszystkiego zbędzie miłowania
I w grzech popadnie; a gdy robi w ziemi,
To ona ziemia grzeszyć mu zabrania,
Bo przecież każdy powie słowy swemi,
Że ziemię to już można porównać z świętemi...

LXII.
I w końcu mówi, że winy przebaczy,
Niech tylko wróci, bo snać wola boża
Była we wszystkiem, kiedy już inaczéj
Stać się nie mogło, gdy już taka dola
Zawisła nad nią, że jest już ta rola,