Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/449

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
343
WOJTEK SKIBA

Siłodajnego i strawy potrzeba;
Że tylko rzucam ku sklepiskom nieba
Słowa mej pieśni, jak niesforne dziécię,
O sufit kulki ulepione z chleba...
Tak! pieśń ma tylko została w przekwicie
Tej woli, która w wielki czyn przemienia życie!

XXIV.
Tak! z pieśnią tylko idę w wasze chaty
I opowiadam o wielkiej boleści,
Która zmroziła szałwijowe kwiaty
W ogródku chłopskim... Słońce ich nie pieści,
Mgłą przysłonięte; wicher im szeleści
Dumę pogrzebną, gdy, zwarzone szronem,
Złamane, senne, bez ożywczej treści,
Giną pod płotem; gdy z sercem zmęczonem
Padają, aby umrzeć pod gruszą lub klonem...

XXV.
A cóż się dzieje w tej nędznej izdebce,
Że lud do wnętrza wchodzi i wychodzi
I powiędłemi wargi pacierz szepce,
Lub macha ręką i cicho wywodzi,
Że tak musiało przyjść, że śmierć, jak złodziéj,
Wszędzie się wciska, a już tam najbardziéj,
Gdzie dla niej zdobycz z kłopotów się rodzi,
Z trosk, których ludzie nie uniosą twardzi,
Że śmierć plemieniem chłopskiem przenigdy nie gardzi.

XXVI.
O ścianę, z wapna białego odartą,
Bijącą w oczy poczerniałej gliny
Plamy wielkiemi, chorągwie oparto,
Naokół drzewców zwinięte, o sinéj,
Żałobnej barwie: snać dawnej godziny,
Przed laty, Bóg wie, jakimi, zapewne