Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/343

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
237
DWAJ BRACIA RODZENI

Nie doczekasz, powiadam... Tak, z kupy
Pójść musimy!« »Ba! idźże, idź, bratku!...

Ja zostanę na śmieciach... mam prawo...«
»Tak!« powiadam, »musimy pójść z kupy!...
Jakoś starszy, więc mówisz plugawą
Oną gębą, że wyjdę z chałupy,
Że ja wyjdę?... W godzinę patrz! krwawą
Powiedziałeś te słowa!...« Ha! trupy!

Trupy, widzę, mnie gonią!... oj!... gonią!...
Widzę, jeden na czole ma krwawą,
Czarną plamę... to brat mój!... z tą skronią!...
A ten drugi... to ojciec!... Legawą
Gońcie sukę... Poluchnę!... Aż dzwonią
One kłosy, gdy pędzą tą ławą —

Ławą żyta... O Boże!... o Panie!...
Gońcie sukę!... Poluchnę... niech dzwonią!
One żyta zmarniałe!... Na słanie
Nawet słomy nie będzie... Ha! koniom
Na osypkę nie starczy... Szatanie!
Bracie! goń ją!... Jak gonią! jak gonią!...«

Tak-ci, mówię, w tem polu szerokiem
Jęczy młodszy, ten żebrak... »Szatanie!
Bracie! goń ją«, tak woła z tem okiem,
Jako szczerki czerwonem, w łachmanie
I z kosturem, a deszczu potokiem
Tłumi burza to straszne wołanie...

Anoć gorzkie spotkały go losy:
Stracił wszystko, a deszczu potokiem
Tłumi burza szalone te głosy,
Które z piersi wyrzuca... Widokiem
Tego żyta, co obce już kosy
Ścinać będą hej! roczek za rokiem,