Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/333

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
227
DWAJ BRACIA RODZENI

Raz już koniec!... Tak powiem: Gorące
Były-ć wtedy dni jeszcze... Na grzędzie
Były kury... nie kury... łaknące
Były wróble, prześwietni wy sędzię!

Tak on mówi: »lichoto ty marna!« —
Nie na kury, na wróble łaknące
Tak on mówi i rzuci im ziarna
Całą garścią... tak na wiatr... w to słońce
Onym wróblom tak sypnie!... Hm! parna
Była pora... dni były gorące...

Tak! pamiętam... coś z cztery tygodnie,
Jak on wróblom tak rzucał... Hm! parna
Byłać pora... pamiętam... Jak kłodnie,
Tak się wróble objadły... »Ochfiarna
Już, powiadam, twa ręka...« Na zbrodnię
Chęci-m nie miał... te ziarna! te ziarna!...

Tak!... za ziarna-m go zabił... »Ty, bracie!
Już twa ręka ochfiarna!... na zbrodnię
Chęci nie mam«, tak mówię... »W zapłacie
Jednak«, mówię do brata tak zgodnie,
»Onoć ziarno nie będzie... W tej stracie
Moja strata... patrz! wróble, jak kłodnie!...

Lepiej zawieźć, powiadam, na młyny,
Niż te ziarna tak sypać ku stracie
Onym wróblom!« Tak mówię... »Jedyny!
Mój jedyny!« on do mnie, »toć w chacie
Dosyć u nas dobytku, ptaszyny
Niech też mają coś boże!... Tu! macie!...

Macie!« mówi i ziarna znów rzuci,
»Dosyć u nas dobytku, ptaszyny!«
Tak powiada... Urzędzie! nie smuci
Mnie to wcale, że onej godziny