Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/305

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
199
NA SŁUŻBIE

Na ścieżynie spoczęła zielonéj...
»Pięć-pięć-kolan!« wydzwaniałaś wtedy —
»Gdy opadną kłosiste korony,
Na dożynki, do matczynej biedy
Wrócisz, dziewczę, nim przejdzie dni siła!«
Fałszywie powróżyłaś, ty ptaszyno miła!...

Pali słonko na całe niebiosy,
Na calutką ziemię słonko pali,
Na zagonach pobielały kłosy,
Brzękły sierpy z wyostrzonej stali.
Rżysko siecze po nogach, a z czoła
Pot, jak wodę, wyciska robota,
We wsi każda na oścież stodoła
Otworzyła szerolachne wrota,
Po sąsiekach snopów zbite stosy —
Tak bujny plon i sypki dały dziś niebiosy.

Po karczmiskach zagrała mrzyka:
Tam na skrzypcach jęczy Szymek głuchy,
Ślepy Kuba do serca tu wnika
Swą piosenką, że aż drżą dziewuchy.
Parobczaki przytupują nogą,
Łokcie dziewek oblewając wódką:
»A bądź-że mi wesoła, niebogo!
A daj spokój dzisiaj onym smutkom!
Żniwo ładne, pójdziem do księżyka,
Opłacim zapowiedzie... Hej! jak gra muzyka!«

Chciała w drogę w czas, gdy przyszły żniwa,
Ale pani do dziewczyny rzecze:
»Trza mi ciebie, praca uciążliwa,
Nie uciecze zresztą, co się zwlecze,
A gdy pragniesz zrobić radość matce,
Weź te grosze, będzie dobrze staréj;
Juści przecie nie jesteś jak w klatce,
Masz swobodę, swobodę bez miary,