Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/220

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
114
JAN KASPROWICZ

»A miej, kobieto, baczenie!
Niechaj ten kwiatek, z miłości poczęty,
Pod bożem rośnie ci słońcem,
Ludziom na korzyść, sobie na zbawienie,
Bez żadnej skazy!«

Oj, pomnisz sama zapewne:
Jak dziś, był smutny czas!
Obieśmy we łzy wybuchnęły rzewne,
Że rzucał nas,
Że nas opuszczał już ojciec na wieki...
Jak dziś, tak padał
Ten blady śnieżek, jak ta śmierć, tak blady —
Zapewne!
»Ulisia! moje ty serce,
A słuchaj matki, kiedy ja w daleki
Kraj już odchodzę« — tak gadał
Jeszcze ci ojciec — »nie miej w poniewierce
Matczynej rady«.

Córuchno! złota córuchno!
Prawda, mówiłam ci:
»Zgódź się tu we wsi« — »A dyć, niech ci spuchną
Te boki... ty!...«
»Nie kop gadziny... i kot ma swe czucie,
Niby się łasi
Z onej żałości, że precz idziesz z domu,
Córuchno!...
Kyzia!... o marne ty moje...«
Mówiłam tobie: w mieście jest zepsucie —
Wiesz, co się stało tej Kasi,
Więc się też, dziecko, i o ciebie boję,
Lękam się sromu.

Chcesz mieć swą prawdę koniecznie,
Więc idźże z Bogiem, idź!