Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/141

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
35
Z CHAŁUPY

I wyrosła, robi we fabryce,
O, mój Boże! o, mój mocny Boże!
On jej ślubne gotuje już łoże,
Wybrał dla niej parobka, jak świécę.

Lecz nim przyjdą śluby i wesele,
O, mój Boże! o, mój mocny Boże!
Chodźcie baby, gotujcie kąpiele.

Dobry ojciec, stary Wojtek Janta —
O, mój Boże! o, mój mocny Boże!
Dostał wnuka, syna fabrykanta.


XXV.
»Umarł?...« »Umarł...« »Takie lata zdradne,
Człek snać młody, a jednak już stary...«
Ale pogrzeb kosztuje talary:
Ksiądz, kopidół, podzwonne, pokładne.

»Jegomości!... ja biedna, nie kradnę...«
A księżulo: »Nie pijcie opary,
Będą grosze na msze i ofiary...
Lecz ja biorę... to, czego dopadnę«.

Ha! cóż robić?... pogrzebać go trzeba.
Duch bez księdza nie pójdzie do nieba —
Więc ostatnie zaniesie piernaty...

A wiatr wieje, a czasy tak chłodne,
A mróz siny wciska się do chaty,
A robaczki golutkie i głodne...


XXVI.
Koszą rzędem... A słońce tak piecze,
Że snać piecem gorącym świat cały...
A pokosy padają jak wały,
Kiedy burza rozmacha swe miecze.