Strona:PL James Fenimore Cooper - Na dalekim zachodzie.djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wzruszonym głosem. Pantera wszakże skinął ręką i tak mówił daléj:
„Siły mię coraz więcéj opuszczają. Wysłuchajcie więc wszystkiego, zanim me oczy zamkną się na zawsze.“ I zwracając się do Kamiennego serca, dodał „Nie jesteś moim synem... Tyś Karlos, syn brata mego, don Pedra. Porwałem cię potajemnie jeszcze w dzieciństwie i wychowałem w pustyni. Don Pedro, to twe dziecię!“ zawołał, zbierając sił ostatek, poczem natychmiast wpół omdlały upadł na łoże.
„Moje dziecię!“ zabrzmiał jak echo głos starca, który natychmiast z nieopisaną radością przycisnął młodzieńca do piersi.
„Mój brat!“ zawołała Hermoza, zrywając się z krzesła, na którem siedziała, targana naprzemian różnemi uczuciami. „Więc brat to, brat mój był zbawcą mego życia, był nam przewodnikiem w pustyni, nie podejrzewając wcale, jakie nas z sobą ścisłe więzy łączą. Boże, niezbadane są twe wyroki!“
Pantera podczas téj sceny spoczywał w podobnym do śmierci śnie. Naraz rozwarły się nieruchome już prawie oczy konającego i przez zbladłe jego wargi jedno tylko przeszło słowo: „Przebaczenia!“
Poczem zawarły się usta. Pantera chwilę jeszcze walczył ze śmiercią, wreszcie wyprężył się bez ruchu... Skonał.
„Palec boży!“ zawołał don Pedro w głębokiem wzruszeniu. „Módlmy się za duszę nieszczęśliwego!“ Ukląkł przy zwłokach i wszyscy obecni poszli za jego przykładem.