Strona:PL James Fenimore Cooper - Na dalekim zachodzie.djvu/65

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


spotkał się już z nim ani razu. Zgadując niebezpieczeństwo, jakie zagraża don Pedrowi ze strony Indjan, krążył czas długi w niejakiem oddaleniu od hacjendy, by w razie niebezpieczeństwa pośpieszyć z pomocą temu człowiekowi, którego, sam nie wiedząc dla czego, bardzo pokochał.
„Nieszczęsny!“ zawołał Kamienne serce, wchodząc do pokoju i widząc Panterę, całego we krwi.
„Kamienne serce!“ odpowiedział bandyta, usiłując się podźwignąć z łoża i osłupiałym wzrokiem spoglądając na młodzieńca. Następnie natężył wszystkie swe siły, jakie mu jeszcze pozostały, i przemówił donośnym i wyraźnym głosem do otaczających:
„Wysłuchajcie tajemnicy!... Lata widocznie bardzo mię zmieniły, skoro nikt z was dotąd mnie nie poznał.“
I ująwszy don Pedra za rękę, rzekł: „Jestem Fernando, brat twój, który przed trzydziestu laty rozstał się z tobą z nienawiścią i pragnieniem zemsty w sercu.“
„Co mówisz?“ zawołał don Pedro, cofając się z przerażeniem od Pantery, podczas gdy otaczający wydali okrzyk zdumienia.
„Rzekłem prawdę,“ odpowiedział spokojnie Pantera. „Wymieniłem prawdziwe swe imię. Jestem Fernando.“ Tu osłabionym już głosem ciągnął: „Trzydzieści lat błąkałem się w pustyni; sam zdziczawszy, zawarłem przymierze z Indjanami i wkrótce zostałem wybrany ich wodzem. Z ich to pomocą pragnąłem się pomścić na tobie, kiedy zdradziły mię losy i w takim smutnym stanie w twe ręce oddały.“
„Boskie to zrządzenie!“ zawołał don Pedro