Strona:PL James Fenimore Cooper - Na dalekim zachodzie.djvu/22

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nie jest moją rzeczą; przeciwnie, chcę ci jaką ulgę w cierpieniu przynieść, jeśli mogę.“
„Wody!“ wyszeptał trawiony pragnieniem Indjanin, „daj wody biednemu Indjaninowi!“ — „Cierpliwości, wnet ją mieć będziesz,“ odrzekł Sokole oko z litością, poczem, wziąwszy dzikiego w objęcia, zaniósł go do jeziora, gdzie ciało jego umieścił w ten sposób, że mógł do woli zaspokoić palące jego wnętrzności pragnienie. Kilka jeszcze minut siedział ranny, oparty plecami o skałę, na brzegu jeziora, aż wreszcie pochylił głowę i oczy zamknął... na wieki. Ostatnie spojrzenie, jakie rzucił na Sokole oko, pełnem było słodyczy i przebaczenia.
„Duch jego uleciał,“ rzekł Sokole oko tonem zgnębionym i smutnym, poczem oparł ciało, które się na ziemię zsunęło, ponownie plecami o skałę, nadając mu położenie siedzące. „Jam twéj śmierci nie pragnął, Indjaninie,“ dodał uniewinniając się; „sameś zostawił mi do wyboru, zabić cię, lub być zabitym przez ciebie, musiałem więc postąpić, jak każdy postąpiłby w mem położeniu. Bóg widzi, jam tutaj nie winien.“
Słowa te wymawiał częścią głośno, częścią szeptem, gdy wtem rozmyślanie jego przerwało ukazanie się o kilkaset może kroków od miejsca wypadku, drugiego Indjanina. Był to niezawodnie szpieg, którego na dźwięk strzału wysłano, by się dowiedział, co się stało. Gdy zauważył Sokole oko, wydał głośny okrzyk, na który w tejże chwili odezwało się z rozmaitych stron wiele innych okrzyków. Sokole oko, pojąwszy wnet grożące mu niebezpieczeństwo,