Strona:PL JI Kraszewski Stary zamek.djvu/26

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

nadokazywał co wlazło. Gdzieś znowu z klasztoru piętnastoletnią dziewczynę porwał, dwóch braci jéj okaleczył, zgrał się, potém zamek jakiś w kości wygrał, i Pan Bóg święty wie co więcéj, bo ja tego spamiętać nieumiem. Dosyć, że rok się tak wałęsał po tym kraju awanturując, Niemca swojego zbywszy się, bo go gdzieś za słówko nieostróżne do drzewa przywiązanego porzucił miodem twarz posmarowawszy, aby go lepiéj muchy jadły. — A taki był szczęśliwy w tych swoich szaleństwach, że mu się wszystko udawało: porywał się z jedną szpadą na całe bandy mulników i rabusiów i wychodził cało, bił się i guza nie dostał, golał i zgrywał się, a potém zaraz w trójnasób odzyskiwał co stracił. Dosyć, że to niesłychane szczęscie tak go opętało, że już począł ze wszystkiego się śmiać, nawet z Pana Boga... i żadnéj wiary niemiał.
Tak się tedy włócząc po świecie, zajechał niewiem już do jakiego miasta w téj Hiszpanii; a że był przy tém wszystkiém człowiek ciekawy i dobréj głowy, nigdzie nieminął miejsca żadnego, żeby osobliwości jego nieobejrzał, — i tu jakoś się przydarzyło, że go do katedry zaprowadzono.
Mnich go jakiś tam wiódł, pokazując mu różne malatury i posągi, jakich tam, słyszę, pełno, bo to oni te sztuki najlepiéj umieją; a wojewodzic znał się na tém dobrze i smakował w malarzach — zwyczajnie, przez lekkość dziecinną. Różne tam jakieś dziwowiska oglądając, krucyfixy misterne, tablatury, ołtarze, przyszli z owym mnichem do obrazu osobliwego, wystawującego pogrzeb taki właśnie, jak tu jest na górze, w którym w trumnie i za trumną jakoby jeden jedzie człowiek. Ujrzawszy to spytał wojewodzic, coby znaczyło? a mnich w dobréj wierze począł mu opowiadać jako to był jeden rozpustnik wielki i zbytnik straszny, który Bóg wie ila niewiast nieszczęścia stał się przy-