Strona:PL JI Kraszewski Psiawiara.djvu/38

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    Ożenienie w prędce nastąpić mające Gryżdy stało się fabułą okolicy, przedmiotem śmiechów i przypuszczeń, wcale dla obojga państwa „niemłodych” niepochlebnych.
    Wrażenie, jakie ta wiadomość na innych sprawiła, wszakże się porównać nie mogło z uniesieniem i radością, jaką wybuchnął Kostek, dowiedziawszy się o niéj. W życiu bałamuta, który kochał się, intrygował, zapalał do pięknych oczek, ale żenić się odwagi czy szczęścia nie miał — panna Benigna przed lat dziesiątkiem bardzo wielką grała rolę. Romansowali z sobą dłużéj niż rok, Kostek już prawie był zdecydowanym stężenie, gdy zamożniejszy obywatel zbliżył się do panny Benigny, a Kostek z nią zerwał. Osiadła panna na koszu, on pozostał starym kawalerem, lecz miłość ta w sercu jego i pamięci niezupełnie wygasła. Były w niéj chwile zmysłowych czy dusznych wzruszeń, których się nie zapomina.
    Panna Benigna teraz miała wyjść za wroga jego!! Co za zrządzenie osobliwo! Gotów się był i z wrogiem pozornie przejednać, i pannic przypomniéć, a dawne stosunki na nowo zawiązać. Stary i obrzydły mąż z jednéj strony, z drugiéj stara miłość niedokończona...
    W sumieniu Kostka miłość wszystko usprawiedliwiała: zdradę, podłość, kłamstwo; miał bowiem za zasadę, że jéj potędze nic się nie mogło opierać.
    Po krótkim namyśle, Kostek dwa dni szukał jakiegoś pozoru, aby mógł zajechać do Pałczyńskich za interesem, a że stosunki miał liczne i zręcznym był bardzo, znalazł wreszcie prawne jakieś zawikłanie, w którem Pałczyński był zamieszany. Napchawszy kieszeń papierami, siadł na bryczkę i pojechał.
    Z panną Benigną po zerwaniu stosunków Kostek się widywał. Wina nie była z jego strony, panna obchodziła się z nim grzecznie i wobec niego przybierała minkę melancholiczną, zadumaną, jakby przeszłości żałowała.
    Obrachował Kostek, iż zaraz po godzinie obiadowéj u Pałczyńskich stanąć powinien. Chciał tylko odświeżyć dawne wspomnienia, zabawić krótko i odjechać.
    Ale bryczka wszystko popsuła. Niespodzianie koło się rozsypało, bo się od skwaru rozeschło, potrzeba było nowe dostać, spóźnił się o godzin parę. Nadchodził wieczór, gdy wszedł do salonu i znalazł w nim ex-Marszalka z Gazetą Warszawską w ręku (chorował na polityka), a pannę Benignę zadumaną w oknie.
    Niespodziane odwiedziny natychmiast się wytlómaczyły papierami dobytemi z kieszeni, a gdy Pałczyński je czytał, okulary włożywszy, Kostek z zalotnością i uśmiechem na ustach zbliżył się do panny Benigny.
    Zarumieniona mocno, przyjęła go, dając mu uczuć, że wcale o nim nie zapomniała.
    Wesoły, żywy, żartobliwy, choć sentymentalny, Kostek począł jéj winszować.
    Z wielką przykrością i wstrętem przyjęła to panna, skrzywiła się, nadąsała, a oczy jéj więcéj powiedziały, niż usta. Wskazała na wuja zatopionego w papierach, obwiniając go o to.
    Ponieważ ex-Marszałek cały był pogrążony w czytaniu, i mówić głośno, aby mu nie przeszkadzać, nie wypadało, panna Benigna skinęła, aby wyjść na ganek.
    Po cichu skierowali się ku drzwiom otwartym. Ale w ganku właśnie przypiekało zachodzące słońce; o dwa kroki od niego zaczynała się cienista alea lipowa. Rozmawiając o przeszłości, skierowali się ku niéj. Coraz żywiéj i goręcéj sprzeczano się i jednano.
    Kostek zaprzysięgał się, że nigdy w sercu jego miłość nie wygasła.
    Wiedział, że się na żadne nie narażał niebezpieczeństwo, bo uczucie jego krociów Gryżdy przeważyć nie mogło.
    Zapomnieli się oboje, na nowo odświeżając przed dziesiątkiem lat zeschłe kwiatki.
    Panna Benigna nawet nie przypomniała sobie, Że Gryżda, który dnia tego był na obiedzie i pojechał do swoich Hrebek, miał na wieczerzę powrócić.
    Być może, iż nadto była pewną siebie, aby się czegokolwiek obawiać.
    Właśnie w chwili, gdy usiadłszy na ławce pod kasztanem, w najlepsze rozprawiali o miłości, a Kostek się zaprzysięgał, iż dla niej gotów się nawet z wrogiem przejednać, co panna Benigna w żart obróciła, Gryżda nadjechał.
    Wszedł do salonu i znalazł Pałczyńskiego, jeszcze w papierach zatopionego.
    — Przepraszam cię, panie Zenonie — rzekł do niego — to ten osieł Kostek mi tu przywiózł papierzyska.
    — Kostek? — z twarzą zapłonioną zawołał Gryżda. — On tu jest?
    — A jest... wyszedł przed chwilą z Benisią na ganek — rzekł Pałczyński. — Chwileczkę tylko przejrzę ten akt i służę ci.
    Gryżda nie czekał na tę wymówkę. Kostek z panną Benigną! z jego narzeczoną razem... gdzie!...
    Zakipiało w nim wszystko.
    Na palcach, cicho, skradając się, wysunął się do ganku. Tu ich nie było; poszedł do ogrodu.
    Z ulicy mógł dostrzedz siedzących na ławce, a tak sobą zajętych, że go nie widzieli wcale.
    — Ciekawym, co też oni mówić mogą z sobą! — zawołał z gniewem.
    Krokami drżącemi skierował się na prawo.
    Rozmowa, którą miał podsłuchać, była wielce zajmującą. Kostek się tłómaczył, iż nie on nadwerężył ten węzeł święty, który go łączył z panną Benigną.
    Panna usiłowała go przekonać, że i na niéj nie ciężyła wina, że zazdrość go zaślepiła.
    Przypominając tak przeszłość ze szczegółami może zbytecznemi, i pan Kostek, i Benisia, dowodzili, że jéj nie uważali za skończoną. Miłość trwała.
    — Ja — mówił Kostek — jak Boga kocham, gotowem, dla miłości pani mojéj, podać rękę temu infamisowi.
    — Panie, jest to mój narzeczony! — westchnęła panna.
    — I pani tego kościanego dziadka znosić będziesz musiała? — wtrącił Kostek.
    — Losy kobiety nie zawsze jéj się sercem i uczuciem rządzić dozwalają.
    Szła rozmowa w tym tonie daléj, robiło się ciemnawo, nie możemy zaręczyć, aby pocałunek jaki nie zapieczętował księgi wspomnień! Zaszeleściało coś w zaroślach.
    Panna Benigna się ocknęła nagle, porwała z ławki i, trochę niespokojna, poprowadziła Kostka ku domowi.
    W salonie, przy jednéj, tymczasowéj, świecy rurkowéj, która płynęła, bo drzwi otwarte na ogród płomień jéj poruszały, siedział jeszcze ex-Marszałek nad papierami.
    Gdy Kostek wszedł z Benigną, obejrzał się, okulary położył i zapytał:
    — A pan Zenon?
    Benisia zarumieniła się okrutnie i drgnęła cała.
    Przed chwilą tu był. Sądziłem, że szukał cię na ganku. Musiał pójść do ogrodu. Nie było odpowiedzi. Kostek się zbliżył, nagląc o odpowiedź w interesie, panna Benigna wysunęła się szybko. Gryżdy widać nie było.
    Posiano go szukać, na herbatę.
    Weszła niespokojna panna Benigna.
    — Cóż to jest? gdzie się podział pan Zenon? — mówił Pałczyński.
    — Przepraszam, — odezwał się Kostek, — ale to ja pewnie przyczyną jestem, że nie przychodzi. Byliśmy z nim oddawna na bakier, choć nie z mojéj winy... być może... Ale ja, — przerwał sobie Kostek, patrząc na zegarek, — jestem zmuszony państwa pożegnać. Czekają na mnie.
    Tu w krótkich słowach rozprawił się z cx-Marszałkiem, nie dał zaprosić na herbatę, skoczył na bryczkę i odjechał.
    Blada stała panna Benigna w pośrodku salonu.
    — Ale gdzież-no się zaszył Gryżda? — począł gospodarz. — Przecie u mnie w domu nie zjadł-by go. Co się z nim stało? Widziałem, jak na ganek się wysunął.
    Gdy to mówił, wszedł służący, oznajmując o herbacie.
    — Ale wyszukajcież Gryżdę! — rzeki Pałczyński. — Musi być w ogrodzie.
    — Gdzie tam, proszę jaśnie pana! już dobry kwadrans, jak siadł na bryczkę i... odjechał.
    Pałczyński zaczął się niecierpliwić i dąsać, nie mogąc sobie wyjazdu wytłumaczyć inaczéj, jak tém, że on dla niego nie porzucił papierów.
    Panna Benigna domyślała się, czuła, że coś innego zajść mogło. Stała przybita i niema, serce jéj biło trwogą.
    — Być może — odezwała się, — że, nienawidząc Kostka, nic chcąc się z nim spotkać, uciekł po prostu.
    — Ale ja mu o nim mówiłem i potém przecie poszedł do ogrodu, a nie w dziedziniec. Więc nie myślał o ucieczce.
    Mimowolnie Benisia ręce załamała.
    — Niéma wątpliwości — zawołała. — Przysiedliśmy na chwilę na ławce, zobaczył mnie z nim...
    Marszałek wpadł w gniew wielki.
    — Czegóż się miał znowu tem fonnalizować! głupi-by był. To nie może być... — począł wołać.
    Siostrzenica wyszła z pokoju.
    Nie potrzebujemy opowiadać, jakie wrażenie na Gryżdzie uczyniła podsłuchana rozmowa narzeczonéj z dawnym wielbicielem.
    W początku do wściekłości go to doprowadziło, potém niemal się uradował.
    — Zerwę! — zawołał, — los mnie uratował od zrobienia głupstwa.
    Nie zastanawiając się już dłużéj, przedarł się przez zarośla wprost do furtki, prowadzącéj na dziedziniec. Konie stały zaprzężone.
    — Do domu! — zawołał siadając — a żywo!
    Obawiał się, aby nie goniono za nim. W drodze odetchnął swobodniéj. Lżéj mu się zrobiło.
    — Ocalony jestem — rzekł, — ocalony. Piękniébym się był ożenił... Tak lepiéj; odsyłam jutro pierścionek; wolnym będę... niech ich dyabli porwą!
    Woźnica, odebrawszy rozkaz smagania koni, spełnił go ochoczo. Oblane patem, stanęły przed dworkiem w Dubińcach.
    Nie zdejmując nawet czapki z głowy, Gryżda ręką drżącą siadł pisać list do panny. Zdarł go razy parę, szorstko wreszcie pożegnał ją, radząc, aby wierna staréj miłości, wyszła za togo, którego kochała. Pierścionek w kopertę włożył i tegoż dnia posłańca konnego wyprawił.
    Pałczyński bardzo był niespokojny.
    Ożenienie z panną Benigna było rozgłoszone, sam on się niém chwalił.
    Zerwanie było uwłaczającém dla domu, potępiającém dla Benisi.
    — Ale ja go nie puszczę — mówił w duchu Marszałek — a on zerwać nie może.
    Jeszcze trwały o tém rozprawy i późno już było, gdy posłaniec nadjechał z Dubiniec. Panna, zamiast omdleć, zawołała:
    — Łajdak!...
    I rzuciła papierem o ziemię.
    Pałczyński się wyprostował i nadął.
    — Za pozwoleniem — rzekł — ja nie dopuszczę tego, co sławie dobréj domu szkodzić może. Zażyjemy go z mańki; żenić się musi, a nie... to niech go Ernest wyzwie. Nie zechce wyjść... spoliczkuje go na rynku.
    Trząsł się cały z gniewu Marszałek.
    Benigna poszła do swego pokoju, przekonana, że to się na nic już nie przyda.
    Ernesta, jak najczęściéj, tak i teraz, w domu nie było, Nazajutrz musiano rozesłać, aby go szukać