Strona:PL JI Kraszewski Psiawiara.djvu/3

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Być bardzo mogło, iż z dawna patrząc i przysłuchując się sąsiadce, nieświadomie ją naśladował; ta jednak wielka różnica była między nimi, iż Zamarski nie spełna wiedział, co czynił, idąc tylko za instynktem serca, a Sędzina miała i serce, i głowę. Szlachcic prawdziwą cześć dla niéj i uwielbienie wyznawał otwarcie i ochotnie jéj służył, ale ona rzadko z tych dobrych chęci korzystać mogła, bo nigdy pewną nie była, że Zamarski, w zapędzie i rozgorączkowaniu właściwém sobie, na rachunek jéj głupstwa nie popełni.
Zamarskiemu teraz, choć jadł żarłocznie, szybko, usta się nie zamykały. Krztusił się, prychał, serwetą ocierał, kaszlał, ale na wybór między jedzeniem i gadaniem nie mógł się zdecydować. Sędzina, znudzona tém, odezwała się nakazująco:
— Ale zjedz źże wprzódy, a potém mówić będziesz...
— Kiedy ten Gryżda mnie dławi! — odparł Zamarski, ale schylił się posłuszny i krupnik chłeptać począł z pośpiechem.
Gospodyni, pomilczawszy nieco, zwróciła się do proboszcza.
— Będziemy tedy mieli tragikomedyą bezpłatną. — rzekła — Mylę się, bo właściwie biedny syn nieboszczyka koszta poniesie. Od wielu lat patrzymy, z daleka wprawdzie, na tego Gryżdę; zawsze we wszystkich wstręt wzbudzał jakiś, a nie możemy powiedziéć, żebyśmy go znali? Zkąd się to wzięło!!
W tém proboszcz Piszczała, który ciągle siedział zamyślony i smutny, podniósł głowę, potarł czoło i rzekł łagodnym, sympatycznym glosom:
— Ja jeden może mógł bym coś o nim więcéj powiedziéć, niż drudzy, lecz są rzeczy i ludzie wstrętni, o których i myśléć, i mówić się nie chce.
— Jeżeli kiedy, to dziś — przerwała żywo Sędzina, — słowo daję, bliżéj nas nauczyć znać tego jegomości, nietylko potrzeba, ale obowiązek. Jużciż my tak mu się tu rozpościerać między nami i wciskać w nasze poczciwą gromadkę nie damy. Nieprawdaż, Zamarski? — dodała, zwracając się ku niemu z uśmiechem.
Szlachcic, uszczęśliwiony, do góry podniósł rękę, uzbrojoną widelcem z kawałkiem mięsa na nim, i bardzo komicznie krzyknął:
— Nie damy! na Boga!!
Nawet dziewczęta, przy stole siedzące, spojrzawszy na niego, prychać zaczęły, śmiech w rączkach ukryć się starając. Sędzina zwróciła się do księdza Piszczały, jakby przynaglając go, aby mówił więcéj; ale ksiądz oczyma wskazał na dziewczątka siedzące u stołu, dając do zrozumienia, iż przy nich opowiadać sobie nie życzy, i rozmowa przeszła na wspomnienia ogólne o rodzinie Kniaziów Sołomoreckich, któréj ostatnimi potomkami byli: zmarły książę Leon i żyjący syn jego Maurycy.
Zamarski tym czasem tak się z półmiskami uwijał, że obiad razem z innymi biesiadnikami skończył, wąsy otarł starannie, westchnął, i wstawszy, a panu Bogu podziękowawszy, z proboszczem i gospodynią pociągnął rycerskim krokiem do bawialnego pokoju.
Był to salon obszerny, trochę tylko za nizki, ze ścianami po prostu bielonemi, których nagromadzone sprzęty mało co widzieć dawały.
Okna jego wychodziły na ogród, zarosły i cienisty. Niektóre drzewa stare tak się rozpościerały z gałęźmi, że aż na dach dworu sięgały. Było też tu przyciemno, nawet w południe, lecz ten mrok nadawał wnętrzu jeszcze bardziej malowniczą fizyognomią.
Szafy, szafeczki, gierydony, biurka, kanapy, stoły, tak były nagromadzone obficie, iż, pomimo obszerności izby, ciasną ją czyniły. Na tych sprzętach stała ilość nie porachowana najrozmaitszych pamiątek: puharów, skrzyneczek, szkła starego, sreber, a ściany niezakryte niemi zajmowały ciemne jakieś obrazy stare. Wszystko to, razem wzięte, tak doskonale z sobą harmonizowało, tak się zrosło i zżyło, iż się zdawało niemożliwą do rozerwania całością.
Stworzyły ją wieki, bezwiednie, nie pragnąc artystycznego uczynić obrazka, a jednak urósł on cudnie piękny sam z siebie.
Gospodyni na tém tle starem, ze swą dzisiejszą rubasznością i oryginalną fizyognomią, doskonale się malowała, jako postać główna.
Zaledwie tu zasiedli przed wielkim stołem okrągłym, na którym czarna kawa już stała, gdy Sędzina, podając filiżaneczkę jéj proboszczowi, odezwała się natarczywie:
— Ale, nie męcz-że nas i mów, co wiész o tym Gryżdzie paskudnym. Jesteśmy sami.
Proboszcz z pewnym wstrętem, napiwszy się kawy trochę, rozpoczął:
— O poczciwych ludziach powiadają: bodaj się tacy na kamieniu rodzili; o innych należało-by, dla ich własnego dobra, mówić: bodaj-by na świat nie przychodzili. Nie godzi się potępiać nikogo, lecz trudno pobłażać temu, co się w żaden sposób uniewinnić nie daje.
Westchnął proboszcz i, kawy się znowu trochę napiwszy, powoli ciągnął daléj:
— Jakże-bym znać nie miał tego Gryżdy, kiedy razem z nim byliśmy w Wileńskiem Seminaryum.
Gospodyni i Zamarski ze zdumieniem przerwali okrzykiem, a proboszcz po chwili począł znowu:
— A no, tak jest. Był klerykiem, widziałem go w czarnéj sukience, słowo w słowo takim, jakim jest dzisiaj, bo się mało co zmienił i postarzał, z twarzą bladą i ospowatą, z oczkami małemi a ostro i zimno patrzącemi na świat, z tém ostygnięciem jakiemś i obojętnością na wszystko, która go i dziś cechuje.
Otwartszym tylko był naówczas, niż jest dzisiaj. W Seminaryum, gdzie inni uczyli się i utwierdzali w pobożności, on, dziwnym sposobem, zdawał się uczyć niewiary i sceptycyzmu. Stworzył sobie jakąś logikę wykrętną, z któréj pomocą wszystko wywracał, wszystko podawał w wątpliwość, szydził z każdéj rzeczy. W tym wieku, w jakim my byliśmy naówczas, zwykle uczucie honoru, godności własnéj, nawet przy pokorze chrześciańakiéj, żywo się objawiać zwykło. W nim zaś to było osobliwém, że nąjprzykrzejsze obelgi, zarzuty, wymówki, padały na niego, nie czyniąc najmniejszego wrażenia. Ruszał ramionami, nie zbladł, nie zaczerwienił się, słuchał i połykał, jakby się to go nie tyczyło.
W rzeczach wiary najzupełniejszéj był obojętności. Nie taił się z tém, że do Seminaryum wpadł dla chleba i że sukienka była dla niego środkiem, nie celem. Wśród nas wielu nie miał przyjaciela, nie zbliżał się do nikogo, nikt téż sympatyi nie okazywał dla niego. Wcale go to nie obchodziło.
Brak pobożności, usposobienie sceptyczne, wstrętliwa powierzchowność, tak mało sposobnym go czyniły do stanu duchownego, że nawet zwierzchnicy uczuć mu dawali, iż na niewłaściwą wpadł drogę. Trwał jednak przy swojém, aż dopóty, dopóki jakiś niespodziany mały spadek nagle go z Seminaryum nie wygnał. Zaledwie o nim otrzymał wiadomość, wnet sukienkę zrzucił.
— Mam tego dosyć — rzekł chłodno — byłem za co ręce mógł zaczepić, wolę być swobodnym. Dawniéj suknia duchowna, to była karyera, można było dojść do księztwa Siewierskiego i krociów — a dziś — co? biskupi pensyonowani, beneficyów niema. To do niczego nie prowadzi.
Wywlókłszy się tak, zniknął nam z oczu. Przez ciekawość dowiadywałem się potém o niego. Okazało się, że ze spadkiem, za który miał ręce zaczepić, przerachował się. Dostał za mało, i zamiast coś rozpocząć o własnéj sile, tymczasowo znalazł gdzieś miejsce nauczyciela domowego. Jak z niego wyszedł, nie wiem, dosyć, że wziął małą dzierżawę w sąsiedztwie starego Sołomereckiego.
Potrzeba i to wiedziéć, że Gryżda, przy całéj swéj wystygłości i sceptycyzmie, był dosyć zabawnym, szczególniéj, gdy się chciał popisać z tą logiką wywrotu, w któréj celował. Stary Sołomerecki, Panie mu odpuść, człek zepsuty, próżniak, potrzebował zawsze czegoś i kogoś do zabawy, Gryżda doskonale się do tego nadawał.
Człowiek wielkiego świata i pięknéj oglądy książę, pomimo pozornego wykształcenia, głowę miał słabą. Gryżda mu się wydał niemal geniuszem.
Gdy, oprócz tego, na dzierżawie nadzwyczaj za biegliwym i szczęśliwym się okazywał, skończyło się na tém, iż Sołomerecki mu jednego pięknego dnia objawił, że chciał by w ręce jego zdać zarząd swych majątków i interesów.
W jakich się to stało warunkach, Bogu jednemu wiadomo. Gryżda dzierżawkę swą zaraz komuś odstąpił. Sprowadził się do księcia, wszystko w ręce swe pochwycił, i z wielką zręcznością wyzyskując słabości pryncypała, umiał się tak niezbędnym mu uczynić, iż książę, chociaż go przezwał Psiawiarą, choć znał się oszukiwanym i odzieranym, rozstać się już z nim do śmierci nie mógł.
Przezwisko swe obrzydliwe, urągania księcia, wzgardę jego jawną dla siebie, znosił Gryżda z tym chłodem, z jakim w Seminaryum przyjmował szyderstwa towarzyszów. W ciągu tych lat kilkudziesięciu, ożenił się tak, że mało kto o tém wiedział, a nawet książę pono dopiéro po weselu nie rychło doszedł tajemnicy. Z żoną żył rok zaledwie, urodziła mu się córeczka, dziś już dorosła panienka.
Sędzina chciała w tém miejscu przerwać opowiadanie, gdy proboszcz dodał:
— Otóż jak aniołów na świecie niema, tak pono i dyablów wcielonych nie znaleźć. Niesmaczny ten i niegodziwy Gryżda ma jednak choć to poczciwe uczucie w sercu, że do dziecka jest przywiązany. Dziewczę podobno wychował zdała od siebie, w nieświadomości téj atmosfery zatrutéj, którą sam oddycha.
Sędzina ramionami poruszyła.
— Przecie jej zawsze z dala od siebie trzymać nie będzie, — wtrąciła — a niedaleko jabłko od jabłoni pada.
— Ja też po dziecku takiego wywłoki nic spodziewam się dobrego nic — dodał Zamarski.
Proboszcz roześmiał się dobrodusznie.
— Mój Antolku — rzekł poufale do szlachcica — nie pluj w wodę, abyś jéj potém napić się nie potrzebował. Któż wie! panna bogata, ty kawaler, a nuż?
— Niechże mnie Bóg uchowa! — krzyknął. — Ślicznie ksiądz proboszcz sądzi o swym słudze! Stary, tak, stary jestem, i nie powabny, a gdyby mi Gryżda córkę dawał, gdyby była złota i cala dyamentami sadzona, dosyć, że jego córka, za nic w świecie!
Sędzina się śmiać zaczęła, w boki biorąc, bo miała zwyczaj ten zuchowatego stawania z obiema rękoma rozpostartemu.
— Nie obawiaj-że się, Zamarski, — rzekła. — Gryżda z pewnością na waszeci oczu nie zwróci. Ho! bo! wyobrażam sobie wcale co innego, odgaduję myśl jego... ożeni z nią Maurycego i zrobi księżną...
Za pozwoleniem, — odparł zwolna proboszcz — muszę znowu wystąpić z mojemi informacyami, aby sprostować domysły, zdaje mi się, nie trafne. Niech mi Sędzina daruje!
— Ale cóż ja jegomości darowywać mam? — roześmiała się gospodyni — rżnij prawdę i nie pytaj! Nie durowała-bym tego, abyś przez grzeczność mnie oszczędzał, bo to znaczyło by, że masz Brodzką za głupią dzierlatkę.
Zamarski zaprotestował wykrzyknikiem, nie dającym się określić. Był to jakiś głos gardłowy, coś podobnego do ryku dzikiego stworzenia, napadniętego z nienacka.
— Księcia Maurycego — mówił proboszcz Piszczała powoli i dobitnie, wedle swego zwyczaju, bo nawet w najpospolitszéj rozmowie czuć w nim było trochę kaznodzieję — księcia Maurycego, a raczéj pana Maurycego, bo tytułu swego nosić on się wzdraga i pewnie się go wyrzecze, znam dosyć do-