Strona:PL JI Kraszewski Murowanka.djvu/5

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    — Moja gosposiu — zawołał Adolf — a cóż to za ósme cudo świata chowacie tam w suterenach?
    — No co? co za cudo? co takiego?
    — A tę śliczną pannę czy panią? kto to jest?
    — At! pilibyście mleko, moi panicze — rzekła trochę nadąsana, ruszając ramionami — co wam tam do tego.
    — Jużciż spytać nie grzech.
    — A co się dowiecie? tyle co i ja wiem; znaczy niewiele... Nie wiem ja, co to tam za historya...
    — Przecież? — spytał słodko Julek, który umiał się przymilać jak dzieciak i którego głosik dziecinny, łzawy, starą udobruchał.
    Rozśmiała się, grożąc mu grubym palcem na czerwonym nosie, jakby chciała powiedzieć:
    — Czyż i tobie dzieciaku bezwąsy już w głowie kobieta?...
    — Ale matko dobrodziejko! — przerwałem — cóż to znowu dziwnego, żeśmy ciekawi? Piękną taką kobietę niełatwo zobaczyć, a pochwalić piękność to tak, jakby oddać chwałę Bogu, który ją stworzył.
    — Oho! patrzaj go! jaki rozumny — rzekła stara trochę zgorszona tem, co się jej herezyą pachnąć zdawało — przynajmniejbyście Pana Boga do tego nie mięszali.
    — Ale któż to taki? — dorzucił Adolf.
    Kobieta zbliżyła się do stołu, przy którym siedzieliśmy; i gdy Adolf płacił jej za mleko — nie bez ochoty ujęcia naddając coś nad jego cenę, — oparła się oburącz, pochyliła nad naszemi głowami, zniżyła głos i poczęła pocichu:
    — Nie myślcie paniczyki, żeby to sobie była tak jaka pospolita dziewczyna! ho! ho! to pańskie dziecko... ale w nieszczęściu.
    — Zaraz z twarzy widać — szepnął Adolf, który był trochę arystokrata i w piękność duszy wierzył wszędzie, ale wdzięk ciała zostawiał tylko uprzywilejowanym.
    — Niewiele ja tam o tem wiem — rzekła baba — ale co wiem, to powiem paniczykom; to nie żaden sekret...

    VI.

    — Jeszcze to nie tak bardzo dawno, jak ona tu sobie najęła izdebkę u mnie... a przyszła z miasta pieszo, ze służącą, w takiem skromnem ubraniu jak lada kto, z małym tylko węzełkiem pod pachą. Z początku nie wiedziałam sobie co i pomyśleć. Bo tu na tej pustyni, komuby się chciało mieszkać z dobrej woli! Wahałam się, czy jej nająć izdebkę, ale jakoś mnie łzami przekonała, bo tak milcząc płacze ciągle, że się i najtwardsze serce od tych łez otworzy... Już nic niepytając dałam jej mieszkanie... a potem mi powoli sługa, co ją bardzo kocha, wieczorami, po kawałku, jej historyę wygadała... Proszę paniczów, domyślić się to tego łatwo... dziecko biedne, a człowiek niepoczciwy... resztę zgadniecie.
    Słyszę, to córka nawet bogatych rodziców, ojciec jej wysokim urzędnikiem, karetą jeździ. Siostra za mężem, za grafem; także parada wielka... nawet tu mrokiem przyjeżdżała parę razy... Tę ojciec z domu wypędził, słyszę, dlatego że biedna... ot... dała się uwieść niegodziwemu człowiekowi... a to taki dzieciak, że trzeba było bez serca być, żeby z jej niewinności robić sobie igraszkę. Ale ci mężczyźni!
    Podniosła kułak groźnie... aż Julek mimo ciekawości trochę się cofnął.
    — Uwiódł, a potem niegodziwiec porzucił; ani oczu nie pokaże... Ta, słyszę, pisze a pisze do niego po całych nocach; posyła z temi listami, a ten ani chce wiedzieć o niej...
    Ja tam się nie rozczulam — dodała stara — bo co tam z tych łez; ani z nich na koszulę naprząść ani garnka niemi napełnić, ale na nią czasem dłużej popatrzywszy jak to siedzi a płacze