Strona:PL JI Kraszewski Murowanka.djvu/2

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Na Boga! Serce, pokażcie mi jedno serce? jednę ciepłą dłoń, jednę młodą duszę, w którejby jak w klasztorze cichym zamknąć się można na wieki?... Nigdzie ich nie ma, wszędzie szyderstwo wybieliło ściany i pozakładało garkuchnie.
    W step? to zabija samotność; w świat? męczy cię na śmierć ludzkość; w siebie? do rozpaczy przywodzi nienasycone pragnienie; do nieba? a! a! i wiara w to niebo jasne uleciała okienkiem, którędy światło wpaść miało! Nigdzie nic... prócz skieletu rzeczywistości w mundurze urzędowym, który ci się śmieje wyszczerbioną szczęką, gołą czaszką nad haftowanym kołnierzem, bezwładną dłonią w rękawiczce białej i postacią, która niby służyć miała za podstawę do życia, a uosabia śmierć.

    II.

    Więc gdy tak smutno na świecie, że i na białe karty księgi spadła lawina z gór i zasypała je błotem i kamieniami... schrońmy się w cichy świat wspomnień i marzeń; — pomieszkajmy tam trochę, abyśmy z niego karm na postne dnie powszednie wynieśli, w których po gołej, nędznej ziemi stąpać musimy.
    Otóż wam powiem powiastkę — nie!... nie chcę powieści; przypomnę skrawek poetycznej rzeczywistości, którą na swoje oczy widziałem... a było to widzenie takie, że go doprawdy zapomnieć niepodobna, że go długo piórem dotknąć nie miałem odwagi, że tylko by je zachować, malować się ośmielam.
    A w sobie rzecz i historya tak prosta, tak stara, że może się uśmiechniecie czytając, bo, niestety! ja wam narysuję tylko skielet, ale nie natchnę weń życia, jakiem on poruszał się i żył na ziemi. I będzie to coś nader pospolitego dla was, gdy dla mnie było to tak piękne jak obraz Szeffera marzącego z pendzlem w ręku; jak poezya Goethego, gdy Goethe gorzał w duszy, lodowaciejąc na zewnątrz, aby mu jego ciepła nie odebrał lada uścisk przyjaciela; jak muzyka Haydn’a, gdy Haydn rozpłakiwał się w swych symfoniach — jak... o! trudno, nie mam więcej porównań i na co się one zdały?

    III.

    Pustych trzech było nas chłopaków. Wylecieliśmy za miasto, sami niewiedząc poco. Chciało się nam powietrza, wiosny, szumu drzew, widoków szerszego świata, który każdy z nas pragnął opanować i pochłonąć.
    Śmialiśmy się idąc drużyną, a oczy nasze wilżyły się nieraz wśród tej wesołości gorączkowej, która jak smutek, w młodości, jest tylko nieświadomym wykwitem pragnień bez końca. Śmiać się czy płakać, to prawie jedno w tym wieku, gdy z człowieka bucha życie równo łzami jak szyderstwy... O! później, później... to już inaczej i łza zkądinąd idzie i śmiech inaczej się rodzi.
    Szliśmy drogą, — niepytając nawet dokąd prowadzi — ja, Adolf, który był gwałtownik wielki, i Julek, co się obawiał wydać, że go już pragnienie paliło, jakby się trochę napił nie w porę.
    Co tam szumiało w głowach, a przelewało się w mowie, tego wam nie powtórzę. — Rozmowa dwudziestoletnia jest jak łąka kwiecista, pstra a różnolita, buja na niej i ciemierzyca i fijołek się w niej kryje i łopian i miotlica nad nią powiewa. Było tam tego wszystkiego dosyć...
    Wśród najszaleńszych uniesień, gdyśmy szli uliczką pustą, patrzym, domek na ustroniu... Posądziliśmy go, że był gospodą.
    Poza miastem już, a miał ochotę udawać mieszczucha. Był z cegły, ale zaufawszy, że kiedyś Wilno go dogoni, nie miał znowu odwagi bardzo się na jego przybycie ustroić; stał sobie skromnie, wyglądał chudo. Miał dwa okna od czoła i drzwi, do których ponad suterenami wiodły zewnątrz przyczepione schodki. Zkąd się tam wzięły dwie brzozy i kilka jodeł z odartemi bokami i pozwieszanemi gałęźmi? nie wiem; ale tej murowance ładnie było wśród zieleni, choć tyle też wdzięku tu