Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 04.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


częły przejeżdżać wnuki które przy opalonych chłopcach Stasiowych dziwnie się paniczkowato wydawały.
Parciński pozostał przy Stanisławie, i pierwszy raz w życiu powiodło mu się być poznanym, ocenionym, pozyskać przywiązanie. Nie sprzedał on domku matki, bo ten był dla niego pamiątką, ale w nim nie mieszkał, zarządzając Zakalańszczyzną z tą gorliwością, którą tylko przyjaźń natchnąć może. Zawsze szyderski, zachował całe uczucie pod tą skorupą, przez którą się przebić nie mogło na wierzch, choć gorąco wewnątrz tlało.
Pan Teofil Zmora ożenił się niestety! z podsędkówną, ale to było małżeństwo niedobrane i ocet a kwasy wydało tylko.
Ożeniwszy się, jakby tylko tego czekał, pan Teofil począł się szybko starzeć, posiwiał, zmarszczek dostał, opuścił się; a że żonę miał młodą, nie w smak to było dla niej, zwłaszcza gdy coraz w domu uparciej zamykać się chciał wraz z nią.
Państwo Hurkotowie wydali wkrótce i drugą córkę, ale ktoby się spodziewał? za Hubkę! Zmusił ich do tego brak zupełny młodzieży i niemożność dania posagu. Zmora ogromnie był temu przeciwny, pracował żeby to nie doszło do skutku, i nic nie potrafił. Tyle tylko dokazał, że ani sam nie był na weselu, ani żonie być pozwolił.
Panny hrabianki Sulimowskie dotąd są jeszcze do wzięcia i mieszkają w pałacu coraz gorzej opadającym z tynków i dachu, ale Bóg łaskaw, ktoś i po nie przyjedzie, może — zdaleka!
Nie wiem zresztą czyjby los jeszcze mógł czytelników obchodzić? chciałbym bowiem tak daleko ich z sobą zaprowadziwszy, dogodzić przynajmniej na końcu