Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/129

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i o nim sąsiedztwo nic jeszcze nie wiedziało. Z miną ważną i zadumaną dyplomaty, który traktować ma zawikłane internacjonalne zagadnienie, wstąpił na próg gotyckiego domku pan podsędek, przeżuwając mowę swoję na progu jeszcze, gdzie ważny dodał wykrzyknik po którym wiele sobie skutku obiecywał.
Zastał pana Teofila ze związaną głową, żółtego, zestarzałego, smutnego i pokaszlującego skutkiem rozlewu żółci.
— Cóż ci to szanowny sąsiedzie? — zapytał troskliwie, oburącz go witając... widzę pana tak zmienionym, cierpiącym!
— W istocie, w istocie, odparł pan Teofil, jestem cokolwiek niezdrów, coś wewnętrznego, wziąłem już Morissona, i zapewnie to przejdzie.
— A! pan jesteś zwolennikiem Morissona?
— Doświadczyłem jego dobrych skutków.
— A ja w wodę wierzę, nie ma jak woda.
— W ogólności jak co komu służy.
Rozmowa poczęta od farmaceutycznej rozprawy, tępo szła z początku, zwijał się podsędek, chcąc ją na przedmiot swój naprowadzić, ale mu szło uparcie. Nie zrażał się jednak, dwoisty podobno cel mając na oku: szło mu o zemstę nad Balami mogącemi mu wydrzeć pierwszeństwa palmę, a trochę także o córkę, którą zamyślał wydać za pana Zmorę od dawna. On i żona szepnęli sobie nawet świeżo, że byle tylko od Balów oderwać Zmorę, podstarzały kawaler będzie musiał się z podsędkówną choć nie ładną i nie bogata ożenić. — Ta uwaga dodawała zapału panu Hurkotowi, gdyż jakkolwiek bądź, ale interes własny silny to zawsze bodziec; i nic tak nie rozgrzewa, jak gdy o swoję skórę chodzi.