Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/097

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tem, przez ciekawość wzięłam go od Stasia...
— Widzę to list Strumisza, ale czegożeś się rozpłakała?
— Ja? żywo oczy ocierając zawołała z uśmiechem niezręcznym Lizia.
— Ty, moje dziecię, tak! ty...
— Ale czyż ja płakałam? tak się mamie zdawało.
— Liziu! wierz mi, ja jeszcze doskonale widzę!
— Dzieciństwo! nie wiem! taki bo ten list tęskny, smutny, a ten Strumisz śmieszny!
— Śmieszny, tak że cię do łez rozczulił?
— Nie godzi się tak chwytać za słowa.
— Nie godzi się nie mówić prawdy matce...
— Ale cóż miałam powiedzieć? żywo odparła zmięszana Lizia, Strumisz popisał dzieciństwa.
— Na cóżeś je czytała?
— A! jakże mamo! wszyscy odebrali listy, ja tylko żadnego, Staś się musiał ze mną podzielić.
Matka ruszyła ramionami z uśmiechem, a rzut oka na łagodny wyraz jej twarzy przekonał Lizię, że pobłażającego będzie miała w niej sędziego.
— Cóż on tam takiego pisze? doprawdy, odezwała się z lekka wysuwając list z rąk Lizi pani Balowa, jestem trochę ciekawa.
— Dzieciństwa...
— Jeżeli ci wolno je było przeczytać, czemuż nie mnie także?
I matka rzuciwszy jeszcze raz okiem, co wszystko odgadło, na Lizię, usiadła do listu Jana... Córka zarumieniona poczęła się przechadzać spoglądając na nią i czatując na wrażenie jakie list zrobi; spodziewała się łez w oczach matki także i nadzieja jej nie zawiodła.