Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/085

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A jakby nie uczynił tego?
— Pójdziemy do sądów!
— No! to pójdziemy do sądów! — zimno oddając papier, niezmięszany rzekł Parciński — niech i tak będzie.
— Tak pan mówisz?
— A cóż mam powiedzieć?
Zamilkli oba, pan Bal niecierpliwy wsunął się po cichu.
— A co? spytał trwożliwie.
— Pan Tomasz, odezwał się Hubka wstając i zmieniając głos i postawę na pokorniejsze, straszy mnie sądem.
— Za cóż pan Piotr straszy mnie jakimś świstkiem? odparł plenipotent.
— Świstek! tak rzeczy stoją! świstek! obruszył się ex-komisarz, niech no pan przeczyta, to formalna komplanacja, ze świadkami.
— Czemuż-o niej nie ma wzmianki w naszej tranzakcji? spytał pan Tomasz.
— Dobra wiara! dobra wiara! ale to się spełnić powinno! szepnął Hubka. Bal spojrzał na Parcińskiego nic nie rozumiejąc. Co to jest? zapytał cicho, poglądając na papier, który trzymał w ręku.
— Nowy jakiś podstęp na pańską krzywdę — rzekł plenipotent: pokazuje się z tego, że rokiem przed sprzedażą hrabia Sulimowski zrobił układ o nową dyferencją, ustępując jej całkowicie Radziwiłłom... Wszak o tem panu nic nie wspominał?
— Ani słowa! musiał zapomnieć.
Parciński parsknął śmiechem, a Hubka począł mu wtórować, aż się pan Bal zawstydził.