Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/072

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kacji polegały; potem o kanoniku, który był bardzo świętobliwym człowiekiem, o łowczym... i t. p.
Nie spodziewała się gospodyni, żeby jej poszło tak łatwo jak zwykle idzie z ludźmi dobrze wychowanemi a dobrego serca, którzy widzą tylko to, co widzieć powinni, mówią co można, a czynią co potrzeba... Sąsiedzi nie przyzwyczaili jej do tak łatwych stosunków: dziwiła się i powoli rozweselała.
— To dobrzy ludzie! i nic nie dumni! mówiła w duchu, a tacy jacyś nie trudni! a tak grzeczni!
Dankiewicz rad był także, że pan Bal nie wzgardził jego lekkim węgrzynkiem i wypił go aż trzy kieliszki... słowem odwiedziny poczęte pod tak złą wróżbą ukończyły się powszechnem zadowoleniem.
Jednym zamachem Bal chciał odwiedzieć Zmorę, i żonę odprawiwszy do domu, wprost ruszył z synem i Parcińskim do Brogów.
Nie będziemy opisywali tych odwiedzin, które czytelnik łatwo odgadnie, bo starając się o pannę, któż ojca nie przyjmuje jak umie najserdeczniej? Tu elegancja, występ, okazanie zamożności, rządu, ładu i wszystkiego czego może właśnie brakło, miano głównie na celu. Człowiek zawsze chce się popisać z tem czego nie ma. Voltaire najwięcej cenił swoję nieznajomość matematyki i popisywał się z nią na wyprzódki z panią du Chatelet.
Późną już nocą wyjechali z Brogów z kozakiem który wiózł przodem kaganiec, choć pan Bal bardzo się od tej grzeczności wymawiał.
— Nie prawdaż, rzekł do Parcińskiego w drodze, choć to pan rzadko komu dasz dobre słowo i ostro sądzisz, wszak pan Teofil miły i gruntownie poczciwy człowiek!