Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/073

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Uśmiechnął się biedny Ezop.
— Mam obowiązek mówić prawdę, odpowiedział kiwając głową, tu może więcej niż kiedy. Miłym jest gdy chce, a poczciwym gdy mu to nie przeszkadza do niczego.
— Nikomu nie darujesz, widzę.
— Znamy pana Teofila od dzieciństwa, zestarzał się między nami; w interesie (a wielu ich się dotykałem) jest ostry i niebardzo dobierający środków, panuje nad sobą jak nie wielu, serca za trzy grosze, duma ogromna, chciwość wielka!
— Nie żałujesz farby!
— Chciałeś pan prawdy.
— Ale nie dałżeś mi tylko pan karykatury za portret?
— Spytaj pan innych. Jest to uczeń wuja hrabiego Sulimowskiego!
— A! śmiałżebyś i na niego co powiedzieć? to najgodniejszy z ludzi!
Uśmiechnął się znowu plenipotent.
— Chcesz pan posłuchać historji? spytał.
— Chętnie bardzo.
— A więc proszę o chwilę uwagi.