Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/064

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nie śmiał robić zastosowania.
— Gdyby nie bliskie kuzynostwo, dodał pan Teofil, nie dałbym Łucji długo czekać, bo to wyjątek! Nie zliczyć jej przymiotów! dziwnie dobre bo łagodne i bez żadnej dumy, marzy tylko słyszę o cichej chatce szlacheckiej...
— Prawdziwie. Waćpan dobrodziej zadziwiasz mnie.
— Trzeba ich poznać, rzekł z uśmiechem Zmora; jaka to szkoda, że pan Stanisław chory, przyznam się panu dobrodziejowi... ale na co mówić! Gdybyś pan się domyśleć mógł co mi po głowie chodzi ciągle...
Bal rzucił nań okiem zdziwionem.
— Na miejscu pańskiem, szepnął Teofil, czemuby nie skłonić pana Stanisława, żeby spróbował szczęścia?
Sieć zastawiona w ten sposób na pana Bala była cokolwiek za gruba, podejrzenie błyskawicą przesunęło się po jego głowie, ale wnet pomyślał, że gdyby rzeczy były ukartowane, robionoby je zręczniej, to go uspokoiło. Niezgrabstwo dowodziło szczerość.
Uśmiechnął się wstając.
— A! panie dobrodzieju! rzekł, mógłżebym pomyśleć nawet o takim związku? Rodzina hrabiów cała oparłaby się temu, sam pan powiadasz, że i hrabia nie jest bez uczucia właściwego dumy familijnej. A szczerze, choć pochodzimy z dobrego starego szlacheckiego rodu, który żadnemu nie ustąpi, bośmy i senatorskie krzesła mieli w familji; ale wszystkim wiadomo, że od lat wielu zamieszkaliśmy w mieście i od pradziada handlem się trudnimy.
— O! któż zważa na te przesądy!
Służący przyszedł wezwać pana Bala, bo się ściemniało, kupiec uściskał z rozrzewnieniem Zmorę i spie-