Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/054

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


bielona tylko miała stół wielki i krzesła z trzciny plecione, a przechodnie pokoje nagie się wydawały. Na przyjazd jednak Balów przystrojono jak było można wszystko co było widoczniejsze; a że hrabia szczególniej chciał zrobić wrażenie pamiątkami rodu, powyciągano z kątów najodrapańsze nawet starzyzny.
— Będę w to bił, rzekł w duchu Sulimowski, że brzydzę się wszystkiem nowem, że ukochałem co mi dawne przypomina czasy. Wszakże mógłbym w istocie mieć taką fantazją?
Kilku godzinami przed przybyciem gości oczekiwanych, dla których apartament przybrano na górze, właśnie gdy hrabia sam, gdyż on był niedołężną głową domu we wszystkiem, zbierał i liczył srebra mające się użyć na stół, nadjechał pan Teofil Zmora.
Kuzynkowie przywitali się poufale i hrabia wziął zaraz na ustęp do swojej kancelarji krewnego. Pokój ten położony od ogrodu, ciemny, w największym nieładzie zawsze, miał kilka fotelów okrytych z poręczami płócienkiem pstrem i ogromną sofą wyleżaną i wysiedzianą, z ciemną w głowach skórzaną poduszką. Była w nim fajkarnia, stół zarzucony papierami, archiwum w wielkiej czarnej szafie, a u drzwi prosta karafka z wodą na drgającym stoliczku z bronzową galeryjką.
Jak wszędzie tak i tu czuć było stęchliznę, woń właściwą Sulimowskiemu domowi, która zapewnie z niezamieszkanej góry pochodzić musiała, ale przejmowała najskrytsze jego kąty.
— Słówko nim przyjadą, rzekł hrabia siadając na sofie, muszę cię uczyć kochany Teofilu...
— Jestem na usługi...
— Gdy przyjdzie do oświadczyn z twojej strony, do