Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/051

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ledwie ukończywszy dom, natychmiast postanowił objechać sąsiedztwo i wejść w życie towarzyskie ogółu. Nie wiedział jakie tam już uprzedzenia, jakie osnuwano spiski na przybyszów.
Trafiało się tak, że zaproszenie do Sulimowa poprzedziło inne wizyty, i państwo Balowie wyjechali całym domem prócz Stanisława, który pomimo wyraźnej woli ojca został w domu z Parcińskim. Spotkanie w kościele wobec wszystkich i pokumanie się z Sulimowskiemi, wyjazd najpierwej do nich, o którym wszyscy wiedzieli zaraz, oburzył nadzwyczaj bliższych sąsiadów. Podsędek nie taił już gniewu, a Dankiewiczowie, osobliwie sama, zżymali się okrutnie. Pan Porfiry który w początku osnuł był zuchwałe na przyszłość projekta, zobaczywszy że w Zmorze ma współzawodnika, cofnął się roztropnie, ale żal powzięty zamiast do niego, skierował do Balów. Wziął ich na zęby z innemi, a że mieszkał blisko, że miał zdawna wprawę w zbieranie plotek i ubieranie ich przyzwoite do ludzi, siał więc niestworzone rzeczy o nowych sąsiadach. Od Supełków do których się starał przybliżyć (ci się dotąd z Zakala nie wynieśli) baśnie czerpał najszczególniejsze, dodawał im nieco swego i nie było tygodnia, żeby nowej potwarzy w obieg nie puścił. Z Balów tedy zrobili sobie wszyscy coś tak poczwarnego, rodzinę tak niebezpieczną, tak podejrzaną, że zastanawiano się, czy można ich będzie przypuścić do towarzystwa uczciwych ludzi.
Wyobraźnie pani Supełkowej i pana Porfirego natworzyły powieści, których sprzeczność nawet nie raziła nikogo, tak je chciwie chwytano. Jedni opowiadali że Bal był neofitą, który zrobił majątek na podra-