Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/050

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


przebycia ciężkie, tak trudne i długie, mająż uzurpować sobie niewłaściwy tytuł wiosny i jesieni? Co do mnie, nigdybym się na to nie zgodził, ale żem nieskłonny do tworzenia nowych wyrazów choćby najpotrzebniejszych i wolę się staremi obchodzić, zostawiam to neologom z profesji, których nic nie kosztuje ukuć niezrozumiałego dziwoląga.
Nasza jesień późna, gdy się zima nie pospieszy, ma cechy zupełnie odrębne i wcale nie jest miłą. Co tylko było zieloności znikło, zasiewy jedne pasują się z chłodem i słotą przenikającą; drobny deszczyk, ów sławny nasz kapuśniaczek rozmiękcza ziemię, której już słońce podsuszyć nie umie, wichry bujają po przestrzeniach na których nic ich nie wstrzymuje, ciężkie chmury ołowiane latają po niebie bez blasku i barwy, dymy wloką się po ziemi, las szeleści złowrogo, trzciny suche paplają nad stawami piosnkę jakąś skieletów, a jak zajrzysz w tej pustyni nigdzie stworzenia i głosu. Żaden ptak prócz czarnego kruka i starej wrony nie ożywia zamarłego świata; krakanie ich pogrzebowe tylko słyszeć się daje jak jakaś przepowiednia nieszczęścia. Zdaje się, że ziemia tak usnęła, tak skonała, że jej już nawet pocałunek wiosny przebudzić nie potrafi. Zima już ma twarz weselszą, oblicze jaśniejsze, fizjognomią trochę rozmarszczoną, a mroźue jej dnie bywają jak lata późnej, spokojnej starości — wdzięczne po swojemu.
Trzymał się wszakże pan Bal w ciągłem wsi uwielbieniu, wzywając tylko w pomoc wiosny dla nawrócenia niedowiarków, któremi był otoczony.
Żona, syn, nawet Lizia, tak się wsią nudzili, tak się z tem nie ukrywali; napróżno szukał im zajęć, a