Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 02.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ciorkowicz, państwo Hurkotowie uchodzili za najmajętniejszy i najważniejszy dom obywatelski, podsędek czuł to że był figurą wielką, że przy nim bezsprzecznie był rej, że jego powóz był najlepszy, jego konie najroślejsze, w kościele pierwsza ławka, u proboszcza pierwsze miejsce... nie powiem żeby się nie zafrasował trochę, gdy o sprzedaży Zakala posłyszał, z dodatkiem że bardzo bogaty nabył je kupiec: ale powiedział sobie z pełnym polityki dilematem — albo się z nim połączę, albo go wykurzę!
Słowa te wcześnie wyrzekł, nic jeszcze nie przewidując.
Dwór w Dębnie był nowy, bez architektury, ale czysty, z zielonemi balkonami, z gankiem niebieskim, z ogrodem założonym do koła. W okolicy uważał się za najpiękniejszą budowę, chociaż Bogiem a prawdą była to klatka tylko. Podsędek nieco domem bywał dumny i mawiał: Jużciż mój dworek żadnemu nie ustąpi, a myślał: Jużciż on wszystkie zakasował.
— Jakże się masz Profirciu? żono! wódeczki! a co tam na objad? mamy gościa, zawołał podsędek smokcząc przybyłego, który w czamarce, z laseczką, wszedł do salki w Dębnie. O! jakże mu się licho wydała po improwizowanym saloniku w Zakalu, aż się zdziwił postrzegłszy po raz pierwszy ubóstwo paradnej komnaty państwa Hurkotów. Tak się to oczy psują.
Salon miał czystą podłogę sosnową zawoskowaną, ale z mnóstwem gwoździ wystawujących z niej ciekawe główki świecące, lustro w niebieskich ramach ze złotem opstrzone i małe, kanapę pokrytą perkalikiem, sześć krzeseł w takichże mundurach i klepadło fortepian, którego nogi widocznie cierpiały na nieznaną jakąś