Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 02.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Bal milczał.
W tej chwili drzwi po cichu się przemknęły i pani Balowa z córką weszły tak do salonu, że miejski elegant czy ich w istocie nie słyszał, czy udał że nie słyszy, on się zerwał z krzesła, gdy Bal wziął się do przedstawienia go.
— Pan... pan... tu się zająknął, bo nazwisko zaczynało mu się gwałtem od wszystkich liter alfabetu prócz S... i przypomnieć go sobie nie mógł.
— Szaławiński, podszepnął przytomniejszy Stanisław.
— Szłapiński! powtórzył kupiec, czego szczęściem nie dosłyszał przybyły, zajmując się w tej chwili odegraniem sceny, do której się całą drogę gotował.
— A! na Boga! za kogoż mnie państwo wezmą? przepraszam! nie postało mi w głowie że tu damy zastać mogę! Proszę darować mojej toalecie.
Bal mu się ukłonił, kobiety nie słuchały wymówek, zaprezentowano pana Tomasza, krzesła się przesunęły, towarzystwo zasiadło i przepyszne serwisy herbaciane poczęły migać się przed olśnionemi gościa oczyma.
— Do trzysta djabłów! mówił w duchu gryząc laskę, jeżeli to nie Fraget, to ten człowiek musi mieć miljony. Ho, ho! jaka impozycja! dywany! srebra! On tu widzę myśli rej wodzić! To musi być żyd zbogacony! Patrzajcie! i córeczka nie szpetna...
Podzielona była uwaga pana Porfirego między srebra i Lizię, która układem, twarzyczką, oczkami, zachwyciła starego kawalera.
— Ależ bestja ładna! powtarzał sobie, jak berdyczowskie żydówki, słowo honoru! jeśli jeszcze bogata?