Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 02.djvu/073

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dno, murłaty nawet wycięto, pnie wypędzono na smołę, tylko że młodzież się puszcza. Ale żal spojrzeć!
— Jakto? las tak wyniszczony?
— Ze wszystkiem! hrabia sprzedawał a sprzedawał, a co sprzedał kopę, to wyszło półtorej... głumili ludzie, palili, rwali, kradli i zrobili z tych puszczę... djabli wiedzą co! ni to las, ni to pole... cmentarz panie...
— No! ale choć smoła? spytał kupiec.
— A zkąd? a z czego? pnia poczciwego nie zostawili... do ostatniego powykopywali! Trzeba sto lat czekać, żeby drugi las wyrósł!
— O! do djabła! mruknął Bal, a potaż?
— I potaż już palili; potem tu sośniny najwięcej, a ona na to nic potem...
— A towaru nic? powiadasz.
— Gdzie tu towar, kiedy o krokiew dobrą trudno!
Dziedzic przypomniał sobie ową maleńką dyferencją z Radziwiłłami.
— A gdzież to — spytał — ta dyferencja Radziwiłłowska?
— To panie z przeciwnego końca — odparł leśniczy — na drugiej stronie. To straszny lasu kawał, aż miło...
— Maleńki słyszę.
— Ba! ba! trzydzieści włok najcudniejszych sosien.
— Czy to być może?
— Tak Jaśnie panie! ale co nam po tem?
— A jeszcze to nasze!
— Słaba nadzieja, hrabia się prawował, prawował i tyle tylko, że ile razy Radziwiłłowscy w las wejdą, to my swoich spędzim i siekierą uderzyć nie damy... już to lat sto trwa... miały sosny czas do góry pojechać...