Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 02.djvu/071

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rzeć Zakale.
— Mamy tylko jedno polecenie do Waćpana — dodał Stanisław — ponieważ rządca i pisarz już nie są w naszych usługach, prosimy nic za ich kwitami nie wydawać.
— Ale, ale — rzekł Bal — przypominając sobie że mu mówiono, iż tu wszystko się robi przez żydów, a nie mógłbyś mi dopomódz panie Moszko Hercyk...
— Co Jaśnie pan rozkaże, zbliżając się rzekł stary czystą polszczyzną, jeśli potrafię, co potrzeba?
— Ale ba! wszystkiego mi potrzeba! zawołał pan Bal, dom najprzód naprawić i wyporządzić, bo w nim mieszkać nie mogę, a potem jeść i pić nic nie można dostać!
— Jakto nie dostać! ujmując się za swój kraj zawołał żyd, wszystkiego!
— Zapłacę dobrze.
— Tem bardziej! a któż mówi że nic dostać nie można?
— A któż? dawny rządca! potrzebuję krów, zboża, rzemieślników...
— Wszystko będzie! powoli! wszystko będzie! dodał żyd gładząc brodę z uśmiechem, ale dziś szabas... po odejściu szabasu przyjadę do dworu...
Chciał coś mówić jeszcze, obejrzał się, namyślił, zamilkł i skłonił tylko.
Wszyscy żydzi na ten sygnał patrjarchy skłonili głowy. Icko czapkę podniósł wysoko i potrząsł nią w górze po trzykroć, wózek się potoczył dalej.
— Ale to jakiś bardzo pokaźny ten pan arędarz i ma minę uczciwego, rzekł pan Bal.
— Bo też to Jaśnie panie, odparł rad że się wygada