Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 01.djvu/130

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wpływał potajemnie Zrębski, a którą tak osobliwie ukończyłeś, musi być coś fałszywego... Twój hrabia jest nieochybnie wielkim frantem...
To przypuszczenie niezmiernie zdziwiło i oburzyło razem pana Bala, uważał je za skutek złego humoru żony i nakoniec śmiać się począł do łez prawie.
— Ach! ach! zawołał, on frant! on frant! co też ci się śni, toć to uosobiona poczciwość! Zresztą zobaczysz go i osądzisz, bom ich na czwartek na objad zaprosił.
— Wieleż ci to zabierze pieniędzy? spytała żona.
— Około trzechkroć sto tysięcy gotówką, ale majątek kupiłem za pół miljona!
— I kupiłeś go tak, nie widząc, nie znając, na pochwały sprzedającego, na dobrą wiarę nieznajomego! to niepojęta.
— A! a! ślicznieby też było żebym zwlekał i nie ufał, byłby mnie ktoś podkupił. Musiałem dobrze napracować się, żeby kompetitorów usunąć, nawet smarowałem łapę.
— Daj Boże, żebym się omyliła, ze smutnem przeczuciem odezwała się jeszcze żona, ale mi się wszystko zdaje, że cię ci ludzie podeszli niegodnie.
— Za jakież już dziecko masz mnie Waćpani! ofuknął się mąż, myślisz że tak łatwo mnie złapać? Wstydź się! wstydź! to się nawet nie godzi tak ludzi posądzać.
— Zobaczymy! zobaczymy!
Wszyscy byli smutni, nawet kupiec owładnięty wkrótce wpływem otaczających, uczuł potrzebę ujść, żeby sam na sam zostać ze swem jasnem marzeniem. Poszedł rachować, cieszyć się i dumać o roskoszach dziedzictwa.