Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 01.djvu/129

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


danem słowem, mógł mu puścić cugle i nie śmiemy powtarzać, ile wymownych o życiu wiejskiem zaimprowizował panegiryków. Niestety! zacny mieszkaniec miasta znał wieś tylko z wesołych okolic Warszawy, znał ją z Kochanowskiego, z poetów, z tradycyj zamierzchłych i ze szlachty, która do miasta przyjeżdżając, wysoko ceniła zalety rodzinnych kątów.
Znał wioskę, jaką wszyscy w mieście osiedli wyobrażają sobie, bez ciężkiej pracy, bez zawodów, bez nudów jej i przykrości. Wyczytał ją w poetach i powieściopisarzach, którzy z granitu dobywszy drobinę djamentu, pokazują oczom zdumionym. Dla pana Bala wszyscy wieśniacy byli poczciwym ludem bez wyjątku, na wszystkich łanach złociły się mu zboża, lasy szeptały rzewnem dumaniem, wiatry powiewały zapachami.
O! unosił się też, unosił w górę i latał pod same obłoki, a próżności trochę wystawiało mu, jaką rolę grać będzie na książęcych dobrach potomek Massagetów. Rodzina pana Erazma słuchała tych apologij, tych rojeń przyszłości ze smutnem nieledwie politowaniem, jedna Lizy, główka łatwo zapalna, dzieliła prawie myśli ojca i cieszyła się po cichu. Ale filut dziewczyna nie bardzo się popisywała z weselem widząc matkę smutną, a trochę i jej żal było Warszawy.
Kupiec jął potem opowiadać całą historją swego nabycia, przyjęcia hrabiego, jego naiwność i śmiał się do rozpuku z utargowanych sześćdziesięciu dwóch tysięcy, które zapłacić już był gotów.
— Wszystko to co mi mówisz, przerwała żona nie wahając się zawczasu przygotować go do utraty złudzeń, przekonywa mnie, że w tej robocie, w którą