Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Starosta Warszawski.djvu/606

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Spojrzała nań: Godziemba blady i jakby przerażony, patrzał na nią w niemém osłupieniu...
— Czyż waćpan mnie jeszcze nie rozumiesz! — dodała niecierpliwie.
— A, pani, — odezwał się Tadeusz — nie wierzę uszom moim....
— Waćpan jéj chyba nie kochasz! — dokończyła Francuzka.
— Nad życie! — zawołał Godziemba — ale dla tego, że ja kocham, że ją szanuję, nigdybym nie śmiał...
Francuzka plunęła aż z gniewu.
— Cóż nie śmiał? czego nie śmiał? powiedzieć jéj czułego słowa? wynurzyć uwielbienie? pocałować ją w rękę? być powiernikiem jéj serca? Wszakże tu o więcéj nie idzie! Ona waćpana kocha, usycha i choruje z téj miłości, a nieczułość jego, nazywająca się uszanowaniem... zadaje jéj męczarnie... Toć, powiadam mu: sprobój... oświadcz się... zobaczysz... — Wtem przerwała nagle i zamyśliła się. — Naturalnie, — rzekła zwracając rozmowę, — nie możesz waćpan pretendować, aby mu się od razu rzuciła na szyję... Kobieta wstydliwa i pobożna. Choćby z razu była cokolwiek zimną, nie należy się tém zrażać... Trzeba pamiętać o tém, że to nie dla szczęścia waćpana, ale i dla jéj uszczęśliwienia się czyni... Coś waćpan powinieneś z siebie też... za tę jéj cichą miłość — poświęcić... Inny na jego miejscu.