Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Starosta Warszawski.djvu/605

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


do myślenia — teraz chciała ważyć wszystko. Miała to być próba ostatnia.
Jednego wieczoru Dumont wezwała sekretarza na kawę do swojego pokoju. Godziemba często jéj odmawiał, ale na ten raz kazała mu powiedzieć, że przyjść musi, gdyż koniecznie z nim mówić potrzebuje. Rad nie rad stawił się na tak wyraźny rozkaz. Francuzka samemi myślami była już rozgorączkowana. Nalała kawę, postawiła ją przed Godziembą i stanęła przed nim z mocném postanowieniem wypaplania się całkowicie...
— Wiem, — rzekła — że mam z honorowym człowiekiem do czynienia... będę więc otwartą. Idzie mi o szczęcie kobiety, którą kocham nad wyraz wszelki. Nie będę obwijała w bawełnę. Hrabina waćpana kocha od dawna... Wiem z jéj własnych ust, że się to jeszcze poczęło w Krystynopolu... Los waćpana zbliżył się do niéj, dobrowolnie jesteś ślepy... nie umiesz i nie chcesz z tego korzystać... Jużci waćpan to rozumiesz... że pierwszy do jakiegoś zbliżenia się krok uczynić powinieneś. — Tu się nieco pomiarkowawszy, Dumont dodała żywo: — Nie idzie, uchowaj Boże, o zawiązanie jakichś zakazanych stosunków z osobą tak świątobliwą i pobożną... toć waćpan rozumiesz; ale gdy ich rozdzieliły losy, a zbliżyły okoliczności, toćbyś waćpan mógł, dla osłodzenia jéj życia... zbliżyć się poufaléj. Ja mogę mu zaręczyć, że to za złe wzięte nie będzie...