Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Boży gniew 03.djvu/103

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    nie jest, ale bardzo dobrym człowiekiem. Ubóstwia mnie, pada przede mną.
    Strzębosz wybuchnął.
    — A z nami co będzie? — zapytał — nasza miłość i przysięgi twoje?
    Bianka spuściła oczy.
    — Ale ja waćpana kocham zawsze — szepnęła — tylko... matki słuchać przecież muszę.
    Dyzma wpadł w rozpaczliwy zapał. Włoszka słuchała go, uśmiechając się z naiwnością dziecięcia. Zdawała się niemódz pojąć tego, że miłość dla pięknego chłopca nie dawała się pogodzić z wyjściem za mąż za starego księcia.
    Napróżno przemawiał Strzębosz. Uśmiechała się, uspakajała go, ale tak, jak on do serca nie brała, ani swych przyrzeczeń, ani miłostek.
    — Ja przecież dla was, nie mogę prowadzić wojny z matką — zakończyła — toby mi życie zatruło a ja go chcę używać. Starego wcale nie kocham, to wam wystarczyć powinno.
    Nie mogąc nic więcej na niej wymódz, Dyzma starał się przynajmniej dostać od niej słowo i przyrzeczenie uroczyste, że nie wyjdzie za mąż dopóki król z wyprawy nie powróci.
    Bianka się pogniewała.
    — Ale ja terminu przecie naznaczać nie będę; mów waćpan z mamą. — To mówiąc i prawie bez pożegnania śpiesznie tak poczęła uchodzić, że