Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Semko Tom II.djvu/253

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    czynią jak im lepiej, my się na nich oglądać nie będziemy.
    Niezupełnie odpowiedzią tą zaspokojony, książe wstał z siedzenia, i skinąwszy na stolnika, wprowadził go do bocznej komnaty.
    Bartosz byłby poszedł za nim chętnie, lecz wstrzymał go stary Socha, który o załodze jaką trzeba było wzmocnić Kruszwicę, chciał się z nim naradzić.
    Lasota mając już skazówkę daną, wiedział co ma mówić, a co zataić.
    — Panowie krakowscy źli są i niechętni — rzekł — ale to najlepszy dowód, że się słabemi czują. Wszyscy tam potrwożeni zjazdem w Sieradziu, więc tem mocniej trzeba się nam gotować. Widzą, że uledz będą musieli.
    Książe, którego Bartosz w złudzeniach utrzymywał, skłonnym był wszystko widzieć teraz składającem się po myśli. Nie zachmurzył się wcale.
    — Widziałeś tego wroga mojego, Spytka? — zapytał.
    — Jakby na umyślnie, u niego poselstwo mi sprawiać przyszło — rzekł Lasota.
    — Złościł się! narzekał! — podchwycił Semko.
    — Nie — rzekł Lasota — przeciwnie, chciał po pańsku lekce sobie ważyć. Mowy o tem nie było.
    Książe się rozśmiał.