Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Semko Tom I.djvu/093

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


z innemi, którzy do wodopojów i studeń szli; wyśliznął się w ulicę, i gdy coraz jaśniej dniało, znalazł się u wrót przyjaciela Pelcza.
Tu już furta była otwarta, baby dla rannej kądzieli i gospodarstwa powstawały, tylko piękna Anchen się nie pokazała. Pelcz także się wylegał, choć już nie spał...
Gdy drzwi pierwszej izby skrzypnęły, zawołał pytając, ktoby był, a usłyszawszy głos Bobrka, w chwilę potem, kożuch narzucił i wyszedł do niego.
— Strachu mi niemałego napędziliście — rzekł otyły kotlarz. — Niedoczekawszy was z powrotem do nocy, miałem niedobre przeczucia.
— A cóż mnie tam spotkać mogło! — uśmiechnął się blady klecha. — Goły się rozboju nie boi.
— Gadajcie zdrowi — dodał wzdychając gospodarz. — My tu niemcy i ci co z nami trzymają, skóry swej niepewni i głowy... Nie dokończył kotlarz, tylko ciężkiem westchnieniem.
Bobrek się wzgardliwie uśmiechał. Spojrzeli sobie w oczy, niemi się porozumiewając.
— Cóż się na zamku dzieje! — zapytał ciekawie Pelcz.
— Pan Bóg mnie natchnął tu przybyć w samą porę — odezwał się głos zniżając i szepcząc Bobrek. — Nowin siła i bardzo ważne. Trzeba natychmiast spieszyć z niemi. Dajcie mi czółno i przewoźników pewnych do Torunia. Położę się