Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Semko Tom I.djvu/085

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mi powiecie może za czem Bartosz przyjechał, bo to taki człek, co darmo siebie ani koni nie męczy.
— A ja zkąd mam o tem wiedzieć? — ruszając ramionami odpowiedział kanclerz spokojnie. — Mówili z sobą na osobności, jam świadkiem nie był.
Henryk posłyszawszy tę odpowiedź, rozśmiał się śmiechem takim na całe gardło, że dosyć wesołego kanclerza pobudził też do pół-uśmiechu, choć się starał przy swej powadze utrzymać.
Uderzył go poufale po ramieniu młokos.
— Wy mnie, ojcze, za takie dziecko macie, iż sądzicie, że mi jak niemowlęciu można dać ssać palec, a ja go wezmę za cyckę. Dobryś! księżę kanclerzu! Jak gdybym nie wiedział, że wy i przez mur słyszycie i wiecie to, czego wam nie powiadano!
Ksiądz kanclerz cynizmem tej mowy zgorszony był i rozśmieszony, tembardziej, że świadkiem był obcy. Zachmurzył się, choć usta krzywiące się, świadczyły, że lękał się parsknąć od śmiechu.
— Nie wiem o niczem — rzekł — nic wam powiedzieć nie mogę.
— Powiedz księże, iż mówić nie chcesz — odparł zuchwały dzieciak. — Bartosz nie jeździ darmo, dużo o nim słyszałem i wiem. W Wielkopolsce się ruszają przeciwko Zygmuntowi, gardło