Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Latarnia czarnoxięzka Tom II.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ojcze! chodźcie! ojcze — zobaczcie — A głos mu się trząsł i wrzał w piersiach. Drzwi komory otwarły się, stary ojciec ukazał się na progu, on niepojmował co się stało.
— Kto tu? co to? wołał.
— To ja — krzyczał Sawka, to ja — a to Naścia i jeszcze któś trzeci, com go tu złapał przy niéj. Pomóżcie mi go związać, pomóżcie ostatkiem sił, związać złodzieja i tego szatana!
Stary ojciec zrozumiał wszystko i zwlókł się do syna —
— Trzymajcie Naścię, rzekł Sawka, ja młodemu dam rady. I ściągnąwszy z siebie pas jął go nim krępować. Chłopiec omdlały z przestrachu, ani się bronił, ani się wyrywał, kobiéta zachodziła się z płaczu.
— Rób co chcesz ze mną, wołała do męża — bij, zabij, ja twoja — nie męcz jego. To pańskie dziecko, biéda na twoją głowę, puść go, puść go!
— Puścić, mruczał Sawka, o! niedoczekanie jego — niechaj posiedzi tu złodziéj — wszak po to przyszedł tutaj —