Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Latarnia czarnoxięzka Tom II.djvu/160

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


czy niepostrzeże znaku występku, aby spuścić głowę i stracić nadzieję — patrzał, ale nic jeszcze nie widział.
Naścia jakkolwiek zalotna, dotąd była mu wierną. Źle tylko, że nie lękała się dumać o złém i nieraz podparłszy się na dłoni, tonęła w jakichś dumach, patrząc w jedną stronę, źle że coraz poufaléj była z gachami i oddawała żart za żart, uśmiéch za uśmiéch, wejrzenie za wejrzenie. I codzień mniéj pracowita, to siadała na ulicy przed chatą, to wybiegała między ludzi. A gdy przyszło iść do dworu to się przybiérała, to się stroiła, że końca temu nie było.
A Sawka wszystko widział i milczał.
Aż raz powiedział słówko żonie — Naścia się zachmurzyła.
— Patrzajcie, jeszczem mu zła —! zawołała — Niewarteś dobréj żony Sawka, kiedy mnie posądzasz, drudzy mają gorsze podobno, a milczą. Czego ty chcesz odemnie? Albo to ja z dobréj woli idę do dworu? albo ja za niemi gonie, jak ta, jak tamta, albo to kto na mnie co powié.