Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Latarnia czarnoxięzka Tom II.djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jak żyję tyle piéniędzy nie widziałem, odpowiedział Sawka.
— A no to powiédz Rządzcy swemu, niechaj darmo nie pisze i nie prosi, bo z tego nic nie będzie.
I zatrzasnęła drzwi i poszła.
Skłopotany i nieprzytomny prawie od wielkiego żalu Sawka, poszedł zwolna ze dworu ku wsi. Chciał choć raz jeszcze Naścię zobaczyć i powiedziéć jéj o swojém nieszczęściu.
Spotkał ją, jak wracała od studni z wiadrami na ramionach, i spuściwszy głowę ku ziemi, wybiérała suchszą drogę. Stanął przeciw niéj i pozdrowił.
— Pomagaj wam Bóg!
— A to wy Sawko! zawołała stawiając szybko wiadra na ziemi i poprawiając włosów.
— A co dobrego niesiecie?
— Och! żebyż dobrego!
— Nu! a co u was słychać —!
— Matka moja umarła!
— Umarła!! i dziewczyna spuściła oczy, założyła ręce, pokiwała głową —